Nie wszyscy z Was wiedzą (no, może za wyjątkiem tych, którzy czytali zakładkę „o mnie”), że interesuję się literaturą. Ba! Byłem nawet laureatem stosownej olimpiady w liceum! Z tym wiąże się fakt, że czasem czytam dziwne rzeczy, których lekturą zajmują się albo leśne dziadki z polonistyki, albo prawdziwi intelektualni zboczeńcy. Nie samym fundraisingiem człowiek żyje! Prawda?

Ostatnio wziąłem na tapetę „Dzienniki” Jarosława Iwaszkiewicza, który czasem wykorzystywany jest przez środowiska LGBT jako swoista ikona tego ruchu. Napotkałem już kilka fragmentów, które świadczą o tym, że ów pisarz (którego skądinąd bardzo lubię za świetne „Panny z Wilka” czy „Brzezinę”) po teoretycznym zmartwychwstaniu A.D. 2013 raczej zwyzywałby Roberta Biedronia et cons. od zboczeńców. Co konkretnie by im powiedział? Cytat na ten temat jest za mocny, ale dziś posłużę się innym, który przytaczam w całości, bo jest wspaniały i ukazuje jednak duże skomplikowanie osobowości pisarza, która zazwyczaj jest spłycana (podobnie dzieje się z Jerzym Zawieyskim).

Dlaczego o tym piszę na blogu? Zanim zacząłem go pisać w nowej odsłonie, zapytałem Fanów na Facebooku, czy powinienem pisać tylko o sprawach zawodowych, czy także o prywatnych zainteresowaniach. Zdania – oczywiście! – były podzielone, więc uznałem że od czasu do czasu wycieczka w rejony inne niż fundraising, networking, marketing etc. będzie bardzo pożądana. Poza tym… to wbrew pozorom ma związek z fundraisingiem! Nie bez kozery bowiem wśród partnerów Gnyszka Fundraising Advisors nie ma np. Kampanii Przeciw Homofobii…

Oddajmy głos Iwaszkiewiczowi, który pod datą 30 marca 1960 (!) pisze:

Parę dni temu miałem przykrą historię. Przyszedłem do mnie rano Henio K[rzeczkowski], że Steć prosi do siebie do Sobieszowa na czwartą po południu. Nie chciało mi się iść, ale Henio prosił, mieli tam być jacyś chłopcy itd. Henio kupił dwie butelki wina i poszliśmy. Steć jest obłąkany na punkcie seksualnym, jest to przykra obsesja, która rozmowę z inteligentnym gościem, znającym doskonale warunki tutejsze, zamienia w szereg niezwykle ordynarnych fragmentów. Niecierpliwiło mnie to wszystko. Z oczekiwania na tych „chłopców” wynikało, że to są chłopcy do konsumpcji na miejscu, co mnie przeraziło. Wreszcie przyszli ci chłopcy, trzy chłopaczyska, jak to bywa, w miarę ordynarni i głupi. I z nimi jeden jeszcze pan – nieznajomy, który mnie widział w takim towarzystwie. Zacząłem się rozpytywać o powrotne tramwaje, ten obcy facet wyszedł, a Henio i Steć wzięli tych dwóch chłopaków do bocznych pokoi, jak w burdelu. Nie mogłem wyjść zaraz, bo mój płaszcz był w tym pokoju, gdzie był Henio. Wściekłość moja nie miała granic, chodziłem po stołowym pokoju, roztrącając meble, i gdzie z przerażeniem na mnie popatrywał trzeci chłopak, „sekretarz” Stecia. Wreszcie wyleciałem jak z procy i piechotą poszedłem do domu, a to jest z cztery kilometry. Przeraziło mnie to ogromnie. Więc oni myślą, że ja prawie siedemdziesiąt facet, Jarosław Iwaszkiewicz, mąż, ojciec, dziadek – mogę  w ten sposób załatwiać swoje sprawy erotyczne. Publicznie chędożyć nieznajomych chłopaków? Coś nieprawdopodobnego. Dlatego że mam pociąg do mężczyzn, to od razu już jak? Uczułem się do głębi, do żywca, obrażony. Wróciłem do domu, położyłem się do łóżka i rozpłakałem się. Byłem upokorzony i przerażony. Ale świat jest taki.

źródło: Iwaszkiewicz Jarosław, „Dzienniki 1956-1963” (t. 2), s.362

Co zatem powiedziałby Iwaszkiewicz Biedroniowi podczas hipotetycznego spotkania? Jak myślicie? 🙂