Na moim facebookowym profilu Natalia zgłosiła zapotrzebowanie na wpis o tej tematyce. Kobietom się prawie nigdy nie odmawia, zatem dowiecie się dziś o kilku powodach, dla których od kilkunastu lat co roku wakacje spędzam w Ustce. Wakacje, nie urlop.

Rys historyczny

Skąd się w naszej rodzinie wzięła Ustka? Chyba nie będziecie zdziwieni, jeśli napiszę, że z rekomendacji. Jak przystało na prawdziwego networkera, prawda? 😉 No więc Ustkę zarekomendowała moim Rodzicom pewna lekarka, która mnie samego zna odkąd się urodziłem. Można powiedzieć, że swoją dorodność zawdzięczam też jej prowadzeniu i regularnym przeglądom. Tak dobry lekarz nie może się mylić i rekomendacja na Willę Wenel (tam pojechała pierwsza ekspedycja w składzie Rodzice i Siostra) podziałała! Od tego czasu, a był to koniec lat 90., rodzina Gnyszków jeździ do Ustki już regularnie.

Ten zwyczaj przyjęła moja Narzeczona, a teraz Żona. Z Oleńką już 10 lat jeździmy co roku do Ustki. Od 5 jako małżeństwo. Nasi Synowie nigdzie indziej, poza Trójmiastem, nie byli nad Bałtykiem. Nad zagranicznym morzem tym bardziej. Ustka. Tylko Ustka. Usteczka. Co roku wtajemniczeni znajomi pytają mnie dokąd jadę tym razem i dlaczego do Ustki.

Powody muszą być ważne, jak stwierdziła Natalia. Rzeczywiście są. A poniżej tylko 10 najważniejszych!

POWÓD 1: Rozwój

Co roku płacę opłatę klimatyczną. To jeden z niewielu podatków, do których mam przekonanie. Dlaczego? Bo Ustka przez te kilkanaście lat faktycznie wyładniała! Mnóstwo starych domów jeszcze w zabudowie szachulcowej odzyskało dawny blask, a urząd miasta konsekwentnie idzie tą drogą, nie krępując też – na tyle, na ile mogę to zauważyć – przedsiębiorczości.

Poza tym Ustka rozwija się pod względem świadczonych usług. Znajdziecie tam już zarówno Rossmana, jak i małe smażalnie. Dobrą kawiarnię (o tym zaraz), jak i mordownię dla miejscowych. Zimne morze i dżakuzor w Hotelu Grand Lubicz****. Jest dokładnie wszystko, czego potrzebuje wczasowicz, ale bez popadanie w wielkokurortyzm, jaki przytrafił się Sopotowi i Międzyzdrojom.

POWÓD 2: Klimat

Nie mam na myśli klimatu społecznego 🙂 Chodzi mi o mikroklimat. Nie znam się na tym, ale skoro moja pediatra, która zawsze miała rację, tak stwierdziła, to musi być. Jest jeszcze argument nieco bardziej obiektywny. W Ustce jest parę sanatoriów i gigantyczny las sosnowy. If you know what I mean.

POWÓD 3: Ulica Wczasowa

Doceniałem ten zakątek Ustki, zanim miałem dzieci. Ślepa ulica, przy której znajdują się domy wczasowe i sanatoria, która głębiej i głębiej wchodzi w sosnowy las otaczający Ustkę od wschodu. W zasadzie samowystarczalna mikrodzielnica. Oaza spokoju, regularnych posiłków, placów zabaw i plaży w zasięgu 100 metrów. Ci, którzy mają dzieci wiedzą, co tu jest ważne – brak jakichkolwiek głupot rozpraszających i kuszących dzieci. O czym mówię? Automaty do gry w grę marki gra, stoiska z badziewiem i watą cukrową, talonem i balonem. Spokój dla rodzica. Śpiew ptaków, wrzask mew, szum fal i zapach lasu.

Łyżka dziegciu. Wczasowa odkąd pamiętam ma gorszą nawierzchnię, niż najgorsze ulice, jakie znam. Jak zgubię tam zawieszenie, to zaniosę do Urzędu Miasta, żebyście zlicytowali i dochód przeznaczyli na remont tej ulicy, mać. Zróbcie coś.

POWÓD 4: Herbaciarnia i Winiarnia

Gdy jestem w Ustce, odwiedzam codziennie. Jeśli spędzacie wakacje w Polsce, to wiecie, że liczba miejsc nad morzem i w górach, gdzie można napić się espresso, a nie wywaru kawopodobnego, albo mikstury rozpuszczalkowej, jest mniej niż znikoma. A Ustka ma takie miejsce! I to na dodatek miejsce – Mekka i dla kawosza (kilkadziesiąt gatunków), i dla herbaciarza (gatunków chyba kilkaset!), jak i dla nieanonimowego alkoholika, bo w piwnicy po południu otwiera się (Nie)Winna Piwniczka.

leniwe popołudnie przy najlepszym stoliku w Herbaciarni

leniwe popołudnie przy najlepszym stoliku w Herbaciarni

To równocześnie przybytek rodzinny, któremu przewodzi uroczy Pan Jan, którego ekipę stanowi Żona, Córka i parę uroczych ustecczanek z Panią Martynką na czele (Maksio ma wobec tej Pani plany matrymonialne). Doświadczenie jest takie: przekraczasz próg, siadasz na jednym z niewielu wolnych miejsc, zaczynasz intensywnie myśleć i tworzyć (bo miejsce bardzo temu służy) i już nie chcesz wychodzić… Mam tak od lat i chyba się to nie zmieni.

Przybytek znajduje się przy Marynarki Polskiej 14. Jeśli będąc w Ustce nie zajdziecie, poczujcie się jak turyści, którzy byli w Krakowie i nie widzieli Wawelu. Po prostu skandal i rozbój w biały dzień.

POWÓD 5: Kościół Najświętszego Zbawiciela

Neogotyk. Poniemiecki. Ma od ponad 10 lat wyjątkowego proboszcza. Jeśli chodzi o kazania: mistrz krótkiej formy. Jeśli chodzi o spowiedź: mistrz pociągania do nieba. Jeśli chodzi o sam kościół: jest trochę posoborowej tandety, ale jednak neogotycka forma i drewniane empory udające kamienne służki, etc. – miodek. Warto być codziennie i poznać się z Proboszczem.

POWÓD 6: Bliskość Słupska i Doliny Charlotty

Jeśli pada akurat deszcz, a w kinie Delfin (tak, Ustka ma kino! Dzięki niemu nawet obejrzałem jeden odcinek Gwiezdnych Wojen) lecą same smuty… można wybrać się do Doliny Charlotty, albo Słupska. Obie rzeczy w zasięgu 30 minut niespiesznej trasy. To nie tylko rozrywka dla dzieci – od zoo, fokarium i jeziora w Dolinie Charlotty, po szeroką ofertę Słupska – ale także dla dorosłych. Wspominałem o pięknym neogotyckim kościele w Słupsku i drewnianym krzyżu, z którego po ogłoszeniu stanu wojennego ciekła krew? No, to wspominam.

Zresztą, jeśli kiedyś pojedziecie ze zgorzelą miazgi nad morze i usteccy stomatolodzy nie dadzą sobie rady, całkiem dobre zaplecze medyczne macie właśnie w Słupsku! Dzieci mogą więc swobodnie połykać szyszki, nakrętki i sypać sobie piasek do oczu.

POWÓD 7: Orzechowo

Wyobraźmy sobie, że jesteście fanami Tolkiena i chcecie się poczuć się jak w którymś z tych wszystkich lasów, które na filmie (któryś tam odcinek oglądałem) wyglądają tak bajkowo. Proszszszę bardzo! Pół godzinki plażą w kierunku wschodnim i jesteście w Orzechowie, a tam… dokładnie taki krajobraz.

Jeśli jesteście cyklistami, to kopniecie się na rowerach od drugiej strony – też tak można.

POWÓD 8: Rowy

Jeśli chcecie być na wakacjach nadaktywni i nie wystarcza Wam słuchanie szumu fal, czytanie książek, etc. warto wybrać się do Rowów. Nic specjalnego tam nie ma, może poza mostkiem, pensjonatem cioci mojej koleżanki i czymś w rodzaju portu, skąd mnie wywalili ze znajomymi ok. 20:00, bo ostatni lokal w Rowach już się zamykał. Ale… warto się tam przejechać rowerem Szlakiem Zwiniętych Torów, żeby spędzić te 2 godziny na jednośladzie pedałowanym w jedną stronę, a po drugie popodziwiać widoki. Leśne, polne, wiejskie. Cudna trasa.

POWÓD 9: Targowisko na pl. Wolności

Środek wakacji, przeczytaliście już wszystkie książki, nie wyrabiacie ze strzelaniem selfie, nawet wszystkie smuty w Kinie Delfin już zostały obejrzane, a tu ciągnie Was do handelku. Bardzo proszę. Wybieramy się na pl. Wolności i tam, w tej oazie wolności gospodarczej można się do woli potargować o wszystko: owoce, warzywa, orzechy, płatki śniadaniowe, albo jagodzianki. Tak, kapcie i chińskie sukienki dla żony też są. Scyzoryki i zapalarki dla męża też się znajdą. A wszystko to przy brzdęku os wpadających w ultrafioletowe zabijacze na owady. Po prostu czujesz jak dotyka Cię niewidzialna ręka rynku. Czule i namiętnie.

POWÓD 10: Księgarnia Pod Sową

Stragany z wyprzedażami książek już oczyściliście (polecam!), zostały same gnioty w rodzaju memuarów Paradowskiej, albo poradnika jak żyć 600 lat dzięki dobrej diecie… idźcie do Księgarni Pod Sową. Nie tylko znajdziecie tam porządny dział historyczny, ale i sporo książek biznesowych, o beletrystyce, reportażu i zbiorach publicystyki nie wspominając. Świetne miejsce, zresztą w szachulcu.

Mieszczą się na Marynarki Polskiej przed Herbaciarnią, a parę numerów wcześniej jest ich salonik prasowy (gdzie niestety pornosy leżą trochę za nisko, więc nie wchodzę z Maksiem). Trasa więc jest taka: najpierw salonik, potem księgarnia i siup do Herbaciarni. A potem już tylko tajfun intelektualno-kofeinowy.

Zakończenie

Nie, nie ciągnie mnie nigdzie indziej.

Wejdź do niezwykłego świata Macieja Gnyszki
i zobacz, jak 
robić networking w jego stylu!

Zapisz się na mój e-dziennik
Maciej Gnyszka Daily