… do czego? Oczywiście, że do chrzanu. Zanim opowiem dlaczego, krótka anegdota. David Ogilvy, założyciel agencji Ogilvy & Mather mawiał, że gdy przychodzi do niego kopirajter z propozycją kreatywnego tekstu, każe mu wówczas nasz Książę Madison Avenue założyć sobie na uszy skarpety i wyjść tak na ulicę. Na pewno będzie kreatywny, a reklamę ma pisać po prostu skutecznie. Bo reklama ma sprzedawać, a nie być kreatywna.

Photo credit: Alex Holzknecht / Foter / CC BY

Photo credit: Alex Holzknecht / Foter / CC BY

Współczesne demony, współczesne bziki

Żyjemy w czasach, w których co jakiś czas prawie cały świat dostaje globalnego bzika, by nie powiedzieć p***dolca na punkcie jakiegoś zjawiska, pojęcia, albo nie wiem jeszcze czego. Na przykład work life balance, lady Diana, lew Cecil, fair trade, globalne ocieplenie, etc. Czasem to rzeczy dobre, czasem żenujące, innym razem głupie, a czasem po prostu złe.

Takim czymś jest ogólnoświatowy pęd do kreatywności, który w reklamie zaczął się pod koniec lat 50., w innych branżach kiedy indziej (w sztuce w pewnym sensie od impresjonistów), a który na dobrą sprawę tlił się zawsze i moim zdaniem jest zakorzeniony w tzw. naturze ludzkiej. Dzisiaj, w realiach Unii Europejskiej kreatywność i innowacyjność zyskała status prawie boski i wzdycha do niej każdy. Szczególnie tzw. startapowiec.

Mój biznes jest innowacyjny!

Każdy młody przedsiębiorca, a także ten starszy, który postanowił przestać się szarpać i wziąć unijną dotację, uważa za punkt honoru udowadniać innowacyjny charakter swojego biznesu. Słyszę to w miarę często, gdy ktoś przedarłszy się przez zakładkę Współpraca zdecyduje się jednak ze mną spotkać. I nie powiem – to są zawsze przemiłe i inspirujące dla obu stron spotkania, jednak często jedynym argumentem przemawiającym za inwestycją w projekt, albo wsparcie go swoimi usługami jest jego innowacyjność.

Innowacyjność, czyli to, że czegoś takiego jeszcze nie ma. No tak, ale roweru z kwadratowymi kołami też nie ma…

Warto sobie uświadomić, że to iż czegoś nie ma, może oznaczać jedną z trzech rzeczy:

  • tego już nie ma – ktoś wpadł na pomysł wcześniej, zbankrutował i wiatr historii przysypał go wapnem gaszonym, tak że ślad po nim nie pozostał,
  • tego nie ma i pewnie nie będzie – bo jest tak głupie, że aż dziwne, że ktoś na to wpadł,
  • tego jeszcze nie ma – jesteś prawdziwym innowatorem! Brawo!

Jeśli Twój projekt znajduje się w trzeciej kategorii, to możesz poczuć się dobrze. Przez chwilę. Bo potem uświadamiesz sobie, że masz parę opcji przed sobą, z których większość to bynajmniej nie gwarancja sukcesu:

  • na projekt jest za wcześnie – wyprzedziłeś epokę o 100 lat. Umrzesz w biedzie, a koledzy z podstawówki, którzy zainwestowali w budkę z kebabem będą wozili się BMW,
  • projekt jest dobry, ale nie stać Cię na realizację – musisz szukać finansowania, co często kończy się źle, jeśli nie jesteś otrzaskany w biznesie,
  • projekt jest dobry, ale nie umiesz go zrealizować – jeśli nie masz pieniędzy na ludzi z kompetencjami, to masz problem podobny jak wyżej,
  • projekt jest dobry, masz dobre finansowanie i ludzi, ale potężny konkurent miesiąc później robi to sami sto razy lepiej – no cóż. Gloria victis!
  • projekt jest dobry, masz finansowanie, kompetencje i zaskakujesz rynek – dobra, wygrałeś. Brawo! Teraz szybko zadbaj o zabezpieczenie prawne tego sukcesu 🙂

Jakie szanse ma projekt innowacyjny?

Załóżmy, że prawdopodobieństwa wymienionych wyżej zdarzeń są w swoich zbiorach równe. Wówczas na prawdziwą innowację masz szansę w 33%, a na jej realizację masz szansę w… 6,6%. Przypomnę, że akceptowalny błąd pomiaru w fizyce szkolnej, to 5% 😉

Czy innowacyjność jest zła?

Nie. Jednak warto zamiast gonić za królikiem innowacyjności, sprawdzić się w małych, prostych rzeczach. Zanim zbawisz świat swoją innowacją, sprawdź się w prowadzeniu budki z kebabem, stoiska z lemoniadą, albo spróbuj ogarnąć dwójkę rozwrzeszczanych dzieci, zanim powołasz do życia 10-osobowy zespół ludzi, którym płacisz co miesiąc. Bo innowacyjność, to szansa na ponadprzeciętne zyski, ale mała. Dlatego fundusze private equity są zadowolone, gdy wypala im 10% projektów i nie przestają być zadowolone nawet przy 5%.

To, co mi się nie podoba, to kult powierzchownej innowacyjności. Gonienia za nowością nie z chęci spełniania potrzeb, ale dla samego gonienia.

Mam znajomego, który ma w Gdańsku restaurację. Miesięczny obrót, to 1 500 000 zł przy globalnej marży 30%. Taki słaby, nieinnowacyjny i niestartapowy biznes… 😉

Rację ma więc Michał Sadowski z Brand24, który swoje podsumowania udanych kwartałów puentuje czasem uwagą, że nie ma się czym podniecać, bo sto razy większe zyski ma pan Janusz z Jasła, który prowadzi hurtownię dywanów. Dokładnie tak jest 🙂

Gnyszka, Ty faryzeuszu!

Dobra, faktycznie wszystkie moje przedsięwzięcia spełniają kryterium innowacyjności. I co? Nic. Zaczynałem od usług porządkowych wokół domu świadczonych Rodzicom 😛

Wejdź do niezwykłego świata Macieja Gnyszki
i zobacz, jak 
robić networking w jego stylu!

Zapisz się na mój e-dziennik
Maciej Gnyszka Daily