Dlaczego nie lubię krasnoludków?

To nie będzie ogrodniczy wpis o tym, dlaczego krasnal na trawniku patrzy na Ciebie z takim wyrazem twarzy, jakby chciał użyć Gnyszkowego „Mrrrau!”, ale o pewnym sposobie myślenia, który sprawia, że na świecie dzieje się o wiele za mało dobrych inicjatyw. Tak, polski fundraising czeka rewolucja.

Najpierw krótka historia

Poważny przedsiębiorca zajmujący się nieruchomościami na południu Polski. W dodatku katolik, który na poważnie podchodzi do dobroczynności. Ma problem — znalazł fundację, której postanowił systematycznie pomagać. Szkopuł tkwi w tym, że organizacja, mimo jego trwającego od dłuższego czasu wsparcia, stoi w miejscu. Nie rozwija się. Nie pomaga większej liczbie osób. Bez względu na to, jaki ma budżet, robi mniej więcej to samo albo niewiele więcej. Jak sam powiedział:

Staram się pomóc, jak mogę. A próśb dostaję zewsząd bardzo, bardzo dużo. Nie sposób pomóc wszystkim.

Podobny zawód jak on przeżyło wielu, wielu i jeszcze więcej przedsiębiorców — małych, średnich i dużych, których znam, a którzy coraz częściej żalą mi się na jakość polskich organizacji pozarządowych. To w ogóle szerszy temat, który opiszę w osobnym wpisie, do którego wymyśliłem już tytuł, ale na razie nie szukajmy powodów, tylko pogadajmy o objawach.

Zwykle w takiej sytuacji przedsiębiorca przestaje wspierać organizację, rezerwując swój budżet na doraźne przypadki wielkich kataklizmów albo chorób, przychylając się do stwierdzenia, że ten, komu nie udało się w życiu, idzie do III sektora. Z kolei przedstawiciele III sektora przychylają się do stwierdzenia, że przedsiębiorcy to zakute łby, które nie rozumieją romantyzmu bycia działaczem oraz tego, co w życiu ważne, i że mimo pozorów tak naprawdę są chciwymi januszami, nawet gdy nie noszą wąsów.

To nie krasnoludki… to fundraising

Powyższy opis brzmi znajomo? To najczęstsze reakcje. Rzadko, ale zdarza się, iż Darczyńca — wstrzymując finansowanie — chce jednak organizację zreformować. Bywa wtedy tak, że trafia z tym do mnie, co nieustannie mnie zadziwia, bo to jednak rzadki poziom poczucia odpowiedzialności za wspieraną organizację. Stąd też wziął się pewien pomysł…

Think about this!

Warto to sobie uświadomić. Jeśli organizacja nie zrobi czegoś w kierunku własnego rozwoju, Darczyńca albo zniechęci się do wspierania w ogóle, albo poszuka innej organizacji, która będzie bardziej przekonująca. Konkretna inicjatywa, często bardzo potrzebna, zniknie, bo zabraknie na nią pieniędzy.

I tutaj właśnie wchodzą kransnoludki — całe na biało! If ju noł łot aj min 😉

Gdy 8 lat temu zakładałem Gnyszka Fundraising Advisors, postawiłem sobie za cel uświadomić III sektor, że nie utrzymają go krasnoludki, ale relacje z Darczyńcami. Z tysiącami Darczyńców. Budowanie z nimi autentycznej więzi jest sposobem na to, aby wiele dobrych inicjatyw mogło się odbyć. Gdyby wcześniej wspomniana fundacja profesjonalizowała się, szkoliła, rozwijała… nie musiałaby czekać, aż Darczyńca sam ją znajdzie. Tylko zbudowałaby w tym czasie zaangażowaną społeczność ludzi, którzy wierzą w misję, którą dana organizacja stawia przed sobą.

Zasada jest prosta:

Gdy organizacja nie myśli o fundraisingu, to znaczy, że myśli o krasnoludkach i w konsekwencji sama jest krasnoludkiem. Jest malutka. Wciąż zostaje na tym samym poziomie.

Po 8 latach doszliśmy do wniosku, że pora wyjść z mentalności karzełków (swoją drogą, o roli aspiracji pisałem też we wpisie, za który znielubiło mnie kilku fanów Michała Szafrańskiego) i zacząć myśleć o sobie w kategoriach… globalnych! Dosłownie. Stąd też pewien pomysł.

Pozwólcie mi być doktorem Wongiem fundraisingu

Gdy myślę, jak wybić firmę na najwyższy możliwy poziom, to myślę: Miracles Of Capital z dr. Wongiem. Gdy myślę o profesjonalnej organizacji pozarządowej, myślę — MasterClassFundraiser. To najnowszy program Gnyszka Fundaising Advisors. Prowadzi go Karol Walas, którego osobiście szkoliłem zaledwie kilka lat temu. Od tamtej pory Karol zebrał na dobroczynne cele ponad 1 500 000 złotych. Da się? Oczywiście.

Pomyślałem sobie, że skoro mnie czytasz, to polski III sektor nie jest Ci obojętny. Przejdźmy zatem do kolejnego odcinka #GnyszkaRadzi:

1. Jeśli jesteś przedsiębiorcą — zainwestuj w zaprzyjaźnioną fundację lub stowarzyszenie, kupując komuś ogarniętemu od nich udział w programie MasterClassFundraiser. Organizacja zacznie profesjonalnie działać, Tobie zostanie zapisany kolejny dobry uczynek i przestaniesz gryźć paznokcie przy przelewie na myśl o nieudacznictwie organizacji.

2. Jeśli jesteś pracownikiem NGO — porzuć myślenie o krasnoludkach i wystrzel do góry wraz ze swoją organizacją.

Bez względu na to kim jesteś — kliknij obrazek niżej (albo ten link):

Dodam na koniec, że przez parę dni trwa jeszcze przedsprzedaż i udział w programie można kupić o 700 zł taniej. Ilość miejsc jest mocno ograniczona, więc nie ma co zwlekać. Karol Walas jest już gotowy do pracy z Wami, więc nie przegapcie jego dobrej formy 🙂

Uwaga! Jeśli ciśnie Ci się na usta pytanie, dlaczego MasterClass nie jest za darmo — zastanów się, na czym bardziej Ci zależy: na niewydaniu pieniędzy, czy na zdobyciu całego ich mnóstwa na rzecz swojej misji?

Zostaw komentarz