Historia „Historii Roja” jakiej nie znacie

29 lutego, w ten dzień, który jest raz na cztery lata, odbędzie się pierwszy zupełnie oficjalny, premierowy pokaz Historii Roja. To będzie dzień wyjątkowy z wielu względów, przede wszystkim ze względu na to, że nie miał prawa się wydarzyć. Szykując się na to wieczorne wyjście z Żoną, nie mogę się oprzeć, by nie napisać dla potomności paru słów o tym jak do tego wszystkiego doszło.

Kino

Zacznijmy od tego, że to będzie wyjątkowy dzień, bo w ogóle rzadko chodzę do kina sam, a z Żoną – jeszcze rzadziej. Jak to mawia Oleńka, jeśli już idziemy, to albo na coś głupiego (jak ostatnio na Zupełnie Nowy Testament, a wcześniej na Noego – pod linkami macie recenzje), albo smutnego. Ja chodzę w zasadzie tylko na smutne filmy. Ostatnio byłem na Pileckim i właśnie przedostatecznej wersji Historii Roja (oba filmy porównałem i zrecenzowałem tutaj). No, ale to zupełnie osobiste aspekty wyjątkowości premiery, które nie muszą Was aż tak interesować. Bo przecież Historia Roja Jerzego Zalewskiego to nie będzie film, to będzie manifest niezłomności, wytrwania i mobilizacji.

Fotos z planu filmu

Fotos z planu filmu

Sławek

Wszystko zaczęło się od telefonu Sławka parę lat temu, pewnie jeszcze w 2012 roku, może wcześniej. Spytał, czy jesteśmy w stanie w zebrać jakiś milion złotych na dokończenie filmu o Żołnierzach Wyklętych (my, czyli zespół Gnyszka Fundraising Advisors). Bo akurat Sławek – jeden z moich ulubionych prawników – i jego stowarzyszenie postanowili pomóc reżyserowi, ale to co sami mogą dać, to ułamek potrzeb. Kto jak nie my?

To był drugi rok naszego istnienia, mój zespół dopiero krzepł (teraz tak to widzę), ale mieliśmy pomysł i szybko postanowiliśmy się spotkać z Reżyserem i ekipą (na czele której stanęła Magda). Wtedy też poznałem Tomka, kolegę Sławka. Tomek odegrał w całej sprawie nie zwykle istotną rolę – pomagając pewnie na większej liczbie pól, niż sam o tym wiem, a wiem zarówno o procesach sądowych, wydawnictwie, wsparciu psychicznym, nie mówiąc o finansowym… Wydaje mi się, że gdyby nie decyzja Tomka o tym, że film musi powstać, determinacja całej reszty nie byłaby w ogóle skuteczna. Gdy kiedyś spotkacie Tomka (choć na afisz na pewno nie będzie się pchał), jesteście mu winni szacunek. Duży szacunek.

Pierwsza wspólna kawa wypita, pierwsze wspólnie wypalone papierosy na balkonie naszego biura, podpisy na umowie… i rozpoczęła się wspólna przygoda. Na przekór wszystkim odpalamy akcję RatujmyRoja.pl (strona wisi do dziś, wejdźcie, by poczuć wiatr historii)! Koordynuje ją Franek, moja ówczesna i zarazem obecna prawa ręka.

Ratujmy Roja!

Operatorem akcji została założona przeze mnie niedługo wcześniej Fundacja Dobrych Mediów. Gdy tylko ruszyła zbiórka, zbiegło się natychmiast paru Wiedzących Lepiej. Żałuję, że jeden z nich skasował już konto na facebooku, bo mógłbym ten akapit zilustrować czatem, na którym przekonywał mnie, że strona nie zbierze więcej niż parę tysięcy złotych… 😉

Hojność Darczyńców powoli zaczynała się budzić, wspieraliśmy ten proces objazdami po Polsce z pokazami kopii roboczej na zaproszenie lokalnych społeczników. Zgłosiła się z propozycją wsparcia ekipa z Surge Polonia, s w ślad za nią – ekipa rodzącej się wówczas marki Red is Bad, dziś będące w chłodnawych stosunkach…
Jeżdżenie z kopią roboczą – różnie się to kończyło, najczęściej euforią, czasem niezrozumieniem różnicy między kopią roboczą a wersją kinową (na zrobienie której przecież dopiero zbieraliśmy!), innym razem żalami o sceny łóżkowe, a to wreszcie o jakieś detale kostiumowe, czy stwierdzenie, że jest to pierwszy film o Żołnierzach Wyklętych, skoro ten o Generale Nilu de facto też był o Nich. Tak, to wszystko było i jest ważne… ale walka o Historię Roja to była głównie walka o przetrwanie. A gdy się walczy o przetrwanie, detale schodzą na dalszy plan.

Czasy pogardy

Jeśli sądzicie, że było łatwo – bardzo się mylicie. Tych parę lat pogardy, ciągania po sądach, mamienia przychylnością, niezrozumienia (także ze strony tych najbliższych ideowo) – zniszczyłoby każdego. I wiem to na pewno – Jerzy Zalewski był na skraju rezygnacji przynajmniej kilka razy w ciągu tego czasu. Zaangażowanie nie tylko moje i mojego zespołu, ale wielu przyjaciół tej produkcji, poza sprawami oczywistymi, jak budowanie koalicji wokół filmu, szukanie pieniędzy od osób, firm i instytucji, polegało również na wsparciu duchowym, moralnym. Na zwykłym zasianiu optymizmu tam, gdzie już go nie ma, bo w pewnym momencie odwrócili się prawie wszyscy…

Spróbujcie się wczuć w tę sytuację. Macie na głowie parę procesów sądowych, jeśli obrócą się one na niekorzyść, będziecie mieli kilka milionów złotych… do zwrócenia sponsorom, którzy zmienili zapatrywania, gdy zmieniła się koniunktura polityczna. A tu wciąż trzeba walczyć nie tylko o przetrwanie, ale i z niezrozumieniem w najprostszych sprawach, gdy po pokazie kopii roboczej podchodzi mądrala, któremu nie podobała się któraś ze scen i dlatego gotów jest odsądzać Cię od czci i wiary…

Tym większa satysfakcja, że jednak się udało!

Czasy przyjaźni

Walka jednak wzmacnia. Przykładów ludzkiej życzliwości było jednak więcej. Na mnie wielkie wrażenie zrobił szczególnie jeden. Pewnego dnia do mojego biura przyszedł list z USA. Adresowany piórem trzymanym przez drżącą dłoń… Nadawca umieścił w kopercie krótki list o swoich przygodach, napisany nie tylko piękną polszczyzną, ale i wspaniałym, ozdobnym pismem naznaczonym drżeniem wiekowej już dłoni. Jednak poza listem, w kopercie był jeszcze czek. Na 10$. Wystawiony na blankiecie któregoś z lokalnych amerykańskich banków.

Jego realizację w Polsce był w stanie przeprowadzić jedynie Bank Millennium. Koszty tej operacji były większe od wartości czeku, a czas realizacji do 60 dni… Równowartość tej darowizny wpłaciłem na rachunek zbiórki sam, a wzruszającą przesyłkę zachowałem na pamiątkę.

Takich przykładów było więcej, znacznie więcej! Za nie wszystkie dziękuję. Wiem, że nie spotkam każdego Darczyńcy akcji. Ale mam wielką radość, ilekroć w zupełnie nieoczekiwanych sytuacjach, także biznesowych, do takich spotkań dochodzi!

– O, to Pan pisał do mnie w sprawie Historii Roja, Panie Maćku!

Nieoczekiwani przyjaciele

Na dokończenie filmu zebraliśmy w sumie prawie 350 000 zł – w miażdżącej części od osób indywidualnych. Prawie bez mediów, nawet tych prawicowych, dzięki poczcie pantoflowej, mediom społecznościowym i pokazom… Dzięki temu film został dobrze udźwiękowiony, najważniejsze zaległości wobec aktorów i podwykonawców opłacone, rozpoczęła się postprodukcja.

Pod koniec 2014 roku chmury nad filmem zaczęły się przejaśniać. Emil (kolejny świetny prawnik w tej historii) wygrał jeden z ważnych procesów, Reżyser co jakiś czas dostawał ciekawe propozycje współpracy, które dawały coraz więcej nadziei na szczęśliwy finał. Na organizowanym przeze mnie balu z okazji Święta Niepodległości – na Nocy Wolności – na którym Gościem Honorowym był co roku Jerzy Zalewski po raz pierwszy bawiliśmy się w umiarkowanie optymistycznych nastrojach.

Po licytacji na rzecz akcji Wyklęci Do Szkół podczas zeszłorocznej Nocy Wolności jej zwycięzca Maciej Matejewski z Magdą Lenart, Jerzym Zalewskim i mną

Po licytacji na rzecz akcji Wyklęci Do Szkół podczas zeszłorocznej Nocy Wolności jej zwycięzca Maciej Matejewski z Magdą Lenart, Jerzym Zalewskim i mną

Rok później byliśmy już prawie u brzegu. Wtedy też zaczęli pojawiać się pierwsi nieoczekiwani przyjaciele. Po ostatnim wewnętrznym pokazie, po którym rozpoczął się marsz Roja do kin, byłem świadkiem śmiesznej sytuacji. W pokazie wzięło udział jakieś 30 osób, w tym mama Jerzego. Po projekcji, w kuluarach, przysłuchiwałem się jego rozmowie z paroma nieznanymi mi ludźmi. Nie kryli zachwytu dla filmu. Winszowali. Jowialnie się pożegnali.

– Widziałeś Maciek? Teraz mi gratulował, a przez ostatnie 3 lata robił wszystko, by film wylądował na śmietniku…

Gorzkie słowa Jerzego Zalewskiego kazały mi spojrzeć na tę jowialność innym okiem. Może nie pogardliwym, ale jednak zawiedzionym. Bo jednak trzeba nisko upaść, upodlić się, by w jednej twarzy zmieścić dwie tak odmienne… Ale w branży filmowej, w okolicach Woronicza, to chyba jednak powszechne.

Jedziemy dalej!

4 marca film wchodzi do kin. Za tydzień premiera. Może będzie czerwony dywan. Może będą flesze. Wszyscy będą uśmiechnięci. Ja natomiast zastanawiam się ilu spotkam tych, którzy w tamtym czasie nic nam nie pomogli. Którzy wygodnie siedzieli z założonymi rękami, mówiąc że się nie uda. Ciekaw jestem i zamierzam ich spytać co dziś czują.

Mam nadzieję, że poczują chęć do wsparcia kolejnego projektu Fundacji, bazującego na Roju. To projekt pod tytułem Wyklęci Do Szkół, w ramach którego chcemy trafić do jak największej liczby gimnazjów i liceów z lekcjami i wystawą na temat Żołnierzy Wyklętych. Macie jeszcze szansę uniknąć wstydu, tego że wtedy spękaliście, albo po prostu zapomnieliście, bo nie było to dla Was ważne. Macie jeszcze szansę, zbieramy tylko do 1 marca! Dane do przelewu znajdziecie na www.WykleciDoSzkol.pl

 

P.S.

Zapomniałem o jednym. Podajcie tego posta dalej. Niech ludzie wiedzą. Żeby następne takie filmy nie miały żadnych problemów, a ich twórcy mogli zajmować się sztuką, zamiast walką z wiatrakami…

P.P.S.
[19:39] Wiecie co… cały dzień dziś myślę o Roju i jeszcze jedna myśl mnie naszła. Czasem ludzie mnie pytają do czego służy ten cały networking i Towarzystwa Biznesowe. I przykład Roja jest tu idealny. Wiecie gdzie poznałem Sławka, który mnie poprosił o wsparcie Reżysera? No właśnie. Równo 6 lat temu, na I Śniadaniu Otwartym Towarzystwa Biznesowego Warszawskiego, do którego potem przez parę lat należał 🙂

1 komentarz

  • Paweł

    Luty 23, 02 2016 08:08:42

    Szacunek coraz większy, a i okoliczności niełatwe.
    Pozdrawiam i jak zawsze życzę wytrwałości!

    PK

Zostaw komentarz