Jak zostałem dzieciorobem…

Odkąd spodziewamy się z Oleńką drugiego Potomka (ma wyjść na światło dzienne nierozproszone we wrześniu), zaczęły się dziać rzeczy niesłychane i niezwykle ciekawe nie tylko dla socjologa, ale i dla zwykłego śmiertelnika. Rozpatrzmy se… dziecioroba!

Anegdota 1 – pokolenie peerelowskie

Pewna uroczystość. Spotykam osobę, z którą łączy mnie relacja quasi rodzinna (ach ta anonimizacja…), oraz międzypokoleniowa zarazem. Dyjalog po powitaniach:

(…)

– A gdzie Oleńka?
– Została z Maksiem, a poza tym słabo się czuje, bo…
– …?
[z radością] – … jest w ciąży!
– Już? Znowu? Ty dzieciorobie…

[kurtyna] [wtf?]

>Wnioski: przestałem się dziwić, że z badań społecznych wychodzi wniosek, iż młodzi boją się rozmnażania m.in. ze względu na obawę przed reakcją starszego pokolenia (!). Jak widać PRL porył ludziom berety nawet jeśli pod koniec mieli go dość. Kultura antynatalistyczna przetrwała.

Anegdota 2  korpopokolenie

Rozmowa z przedstawicielką korpo, z którą współpracujemy. Pani jest w ciąży i o porodzie rozmawiamy. Imię zmienione. Dyjalog:

(…)
– Będzie dobrze, Pani Zdzisławo. A wie Pani, że moja Żona też w ciąży?
– Naprawdę? Wow, super, gratuluję.
– Dziękuję, bardzo się cieszymy.
– Panie Macieju, a że tak zapytam, planowane?
(…)
[Kurtyna] [WTF?]

>Wnioski: młode pokolenie wychowane na Popcornach i Bravo ma wiele odcieni, głównie jeszcze bardziej antynatalistyczny, niż poprzednie, ale jest też oblicze pronatalistyczne, ale silnie skażone centralnym planowaniem. Ja wszystko rozumiem i w ogóle, ale skoro się żeniłem, to między innymi ważnymi powodami także dlatego, by mieć dzieci! Normatywnie rzecz ujmując, instytucja małżeństwa służy płodzeniu i wychowywaniu na dobrych ludzi potomstwa. Serio. Jeżeli ktoś w małżeństwie ma dzieci, to znaczy że planował je mieć ex definitione. Po to – jak rozumiem – jest konkubinat, romansik i inne formy gimnastyki damsko-męskiej, żeby przyjmować ew. inne założenia w tym zakresie. Zdaję sobie sprawę z tego, że żyjemy w czasach pomieszania podstawowych pojęć, choć jednak nie spodziewałem się, że kiedyś coś tak impertynenckiego usłyszę.

Maksymilian Józef Gnyszka - ps. Dziedzic

Maksymilian Józef Gnyszka – ps. Dziedzic

Socjalizm – zgubna pycha rozumu

Już Hayek pisał o socjalizmie jako o zgubnej pysze rozumu, który uważa, że wszystko potrafi zaplanować w najdrobniejszym szczególe. Stąd socjalistyczne centralne planowanie, regulowanie każdego obszaru życia… i niezmiennie klapa. Bo życie, to dynamiczny splot okoliczności, hayekowski ład spontaniczny, na który oddziałujemy, ale i który wpływa na nas zwrotnie. Jakikolwiek plan powinien zakładać ciągłe dostosowywanie się do zmieniającej sytuacji, ale i świadomość, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkich skutków i aspektów podejmowanych decyzji. Szczególnie to drugie jest ważne – nie zawsze musimy rozumieć decyzję, którą inni nam doradzają i podpierają swoim doświadczeniem.

Operuję na pewnym poziomie abstrakcji, ale mam nadzieję, że jeszcze nie zasnęliście.

Chodzi o to – i potwierdzi to chyba każdy rodzic – że skutki pojawienia się dzieci w życiu trudno przewidzieć. O wiele trudniej niż skutki dowolnego innego zjawiska. Dlatego w tym względzie warto zdać się na doświadczenia pokoleń, bo nie wzięły się znikąd. Oczywiście pokolenie PRLowskiego eksperymentu wykluczamy 😉

Najlepszy czas na dzieci, to…

…emerytura! Człowiek ma wtedy czas, pieniądze, jeśli przeczytał jeden z poprzednich wpisów Gnyszki. Idealna pora na dzieci 🙂 Niestety… to se ne da. Oczywiście biorąc pod uwagę normalne metody. Analogicznie najlepszy czas na naukę jest wtedy, gdy burza hormonów nie rozprasza umysłu, etc. Niestety, życie polega głównie na gotowaniu zupy na gwoździu na przekór trudnościom. Na przekór.

A co z…?

Mógłbym na kanwie tego wpisu poruszyć jeszcze sto różnych tematów: od in vitro, przez singlownictwo, aż po kwestię antykoncepcji… ale dzisiaj nie mam na to ochoty i zrobię to kiedy indziej. Jeśli chcecie, podrzućcie jakieś tropy w komentarzach.

Co robić, jak żyć?

Na to pytanie odpowiada jedna z książek, które wrzuciłem do działu Polecam (ktoś wie która?) autorstwa pewnego XIX-wiecznego Francuza i koniecznie musicie ją przeczytać. Natomiast odpowiadając na szybko – to chyba mamy niezłą bryndzę w kraju. Demografia prawie najgorsza na świecie, za chwilę jeden pracujący będzie utrzymywał 3 emerytów poza sobą samym, swoim homopartnerem i tchórzofretką brazylijską, a tymczasem pokolenie które wychowało mnie i moich kumpli myśli, że człowiek żyje dla wczasów i działki, z kolei pokolenie moich kumpli żyje w przekonaniu, że żyje się dla bzykania, ew. dla spłodzenia jednego następcy, który w przedszkolu pozna 8 języków i kiedyś będzie szefem szefów w korpo.

Jednym słowem – płyniemy na Titanicu, jego obsługa zajmuje się czerpaniem radości z kręcenia sterem, którego się wreszcie dochrapała, a pasażerowie latają na golasa po pokładzie i grają w karty. Tylko góra lodowa stoi i wie po co 🙂

P.S. Gnyszka, ale namarudziłeś!

Dobra, trochę namarudziłem, może nawet za bardzo shejtowałem rzeczywistość, ale prawda jest taka, że obydwie anegdotki mnie nawet nie obeszły, bo skórę pogrubiam od lat. Szkoda mi jednak moich dzieci 🙂 No, bo jeśli moje pokolenie hejtowało jako dzieciorobów ludzi mających więcej niż 3 dzieci, ja jestem hejtowany za 2. dziecko… to co będzie za te 20 lat? I nie mówcie, że hejtujący wymrą, bo głupota to chyba ponadgenetyczne zjawisko 😉

Zostaw komentarz