Kogo nie chcesz spotkać w Poznaniu?

To kolejny wpis blogowy z serii podróżniczej. Pierwszy był o Wrocławiu, kolejny o Ustce, a teraz będzie o Poznaniu. Dlaczego Poznań to miasto doznań? Co poznaniacy najchętniej kradną z centrów handlowych? Za co można dostać w dziób? To wszystko specjalnie dla Was zbadałem wczoraj i dziś.

Okoliczności przyrody

Ostatnio dużo jeżdżę. Urządziłem sobie taką wycieczkę w ramach hashtaga #TBtrip, czyli taga opisującego podróże związane z Towarzystwami Biznesowymi. W tej edycji odwiedziłem Wrocław, Kraków, Łódź i Poznań. Nie byłem sam. Od Krakowa jechaliśmy we trzech: Tomek, Maciek i ja. Tomek Ciosek i Maciek Rewucki w ramach szerzenia kaganka wiedzy i oświaty na temat odpowiednio: Pracowni Synergii i jej marki CorazTanszaFirma.pl 🙂

poznański Stary Rynek

poznański Stary Rynek

Wściekła harpia

W Poznaniu jak zawsze zatrzymaliśmy się w Hostelu Traffic przy ul. Niezłomnych 1. Jest świeżo po remoncie, zadbany, na poziomie, w ścisłym centrum i w dobrej cenie. Gdy byliśmy tam w marcu, trwał remont i wchodziło się głównym wejściem, co było dla mnie naturalne. Zaparkowaliśmy więc na parkingu i objuczeni bagażami udaliśmy się do wejścia. Dochodzimy do klatki schodowej, a tam wściekła harpia. Dosłownie. Niewiasta lat nieco ponad 20, nawet ładna (a złość piękności szkodzi). Wspomniana zatem harpia w bezceremonialnych słowach opierdoliła nas, że idziemy tą trasą, a nie wejściem D (o ile dobrze pamiętam). Aha, ważna rzecz. Ta Pani nie zwróciła nam uwagi. Nie skorygowała błędnej postawy. Nie ochrzaniła. Określenie, które użyłem, to staropolskie pojęcie wyraża dobrze, choć nie w pełni, to co stało się naszym udziałem. Był to dla nas tym większy szok, że wiek zupełnie nie wskazywał na możliwość połączenia w jednej osobie:

  • mentalności babki z dziekanatu Wyższej Szkoły Gięcia Blachy przy Zjednoczeniu Budowlanym im. Lenina,
  • chamstwa sprzątaczki z internatu Gminnej Szkoły Obróbki Skrawaniem,
  • z agresją kucharki ze stołówki Centrum Szkolenia Artylerii i Uzbrojenia.

A tu proszę bardzo, dwudziestoparoletnia nimfa z administracji Domu Żołnierza LOK w Poznaniu była w stanie połączyć tak bogate osobowości w swojej własnej. I było to połączenie na tyle silne, że nie przebiła go moja genialna riposta, choć byłem głodny wilczym głodem od 5 godzin. Fragment dialogu był taki:

 

[…]

– Dlaczego Panowie idą tędy do hostelu, a nie wejściem D?

 

– Bo, choć oczywiście doskonale wiedzieliśmy że wchodzi się wejściem, o którym nie słyszeliśmy, to wybraliśmy główne, by Panią poznać.

 

– To proszę wyjść i iść do wejścia D.

Harpia. Choć jeśli teraz to czyta, to podpowiem, że warto sprawdzić tarczycę, bo nadpobudliwość może być skutkiem jej nadczynności. Albo niedoczynności. Nie pamiętam. Brrrrrrrr…

Wesoły ochroniarz

Będąc cały czas pod wrażeniem chamstwa dziewoi z LOK-u, głodni niczym guźce z opuszczonego ZOO, poszliśmy na obiadokolację. Stary Browar był po drugiej stronie skrzyżowania, więc postanowiliśmy zrobić uczynek miłosierny względem ciała i wesprzeć naszymi pieniędzmi wdowę po Janie Kulczyku, właścicielkę tego przybytku. Wybór padł na Express Marche, gdzie zjedliśmy po kilogramie wiktuałów z całego świata. Nie to jednak jest ważne. Ważny jest Miły Pan Ochroniarz (MPO), do którego zgłosiliśmy się z prośbą o wskazanie drogi do tzw. węzła sanitarnego.

MPO nie tylko, że z kamienną twarzą z nas (konkretnie ze mnie) zakpił cytatem z Misia, mówiąc że nie ma łazienki w Starym Browarze, a najbliższa jest na Dworcu Głównym, w co zresztą z niedowierzaniem zaraz uwierzyłem, ale jeszcze na dodatek wprowadził nas w tajniki nadużyć, których dokonują bywalcy Starego Browaru.

Oszczędności – level hardcore

W Polsce ludzie są oszczędni, a w Poznaniu w szczególności. Opuszczając Browar, dowiedzieliśmy się w trakcie small talku z Miłym Panem Ochroniarzem, że najbardziej chodliwym towarem wśród złodziei są – zaraz po papierze toaletowym – nie, wcale nie żarówki… są nimi deski sedesowe wraz z pokrywami.

Ciekaw jestem jak ludzie je stamtąd wynoszą 😀

Nie rozmieniam pieniędzy

Obiad zjedzony, dzień zaliczony, jak mawia się w wojsku – przyszła więc pora na loda. Kierunek: rynek! O tym jeszcze będzie w następnym akapicie, ale po powrocie z lodów i kawy (których szukaliśmy z pół godziny), natrafiliśmy na kolejne kuriozum z cyklu „Wściekła harpia na rykowisku”. Otóż, jeden ze sklepów przy ul. św. Marcin na swoich drzwiach wejściowych miał przyklejoną odręcznie zapisaną kartkę z inskrypcją o głębokiej, acz zdecydowanej treści:

Nie rozmieniam pieniędzy.

Dziwię się, że ja – niegospodarny chłop z Kongresówki – muszę to tłumaczyć sklepikarzowi(-rce?) z Poznania, ale… przecież za rozmiankę można pobierać opłatę! 🙂 Ogarnijcie się tam i bierzcie 1 zł od każdej rozmianki, albo ile chcecie. Proceder albo zaniknie, albo na nim zarobicie. Być może odkryjecie przy tym smykałkę do finansów i skończy się na otwarciu sieci kantorów, albo lombardów 😉

Mój Poznań – miasto doznań

Mój Poznań, to przede wszystkim Uniwersytet Ekonomiczny, Targi Poznańskie, Ptasie Radio i Zagroda Bamberska. Na tym pierwszym co jakiś czas prowadzę zajęcia z networkingu, na tych drugich byłem parę razy na Budmie, co miło wspominam, w kawiarni Ptasie Radio odbyłem fascynujących spotkań i wypiłem nie jedną kawę, natomiast w Zagrodzie byłem już parę razy na śniadaniach i szkoleniu Towarzystwa Biznesowego Poznańskiego. Mój Poznań to przemiłe miasto, przemiłych ludzi, mimo że na Rynku nie mają żadnej fajnej kawiarni, a na jego środku stoi socmodernistyczny klocek. No, a po LOK-u grasuje wściekła harpia, na którą nie zadziałałby pewnie nawet gaz pieprzowy.

1 komentarz

  • J.A.

    Sierpień 23, 08 2015 01:36:36

    Ale się ubawiłam, czytając ten wpis 🙂
    Ilekroć jestem w Poznaniu to z podziwu nie mogę wyjść, dlaczego Poznaniacy tak wysoko się noszą i w bliższych kontaktach zawsze dadzą odczuć wyższość Wielkopolski nad resztą Świata. Ja tego za Chiny Ludowe nie widzę w tkance miejskiej, (no może z wyjątkiem Browaru). To czego im natomiast zazdroszczę jest akurat mało miejskie. To są Parki Krajobrazowe tuż przy granicach miasta i jezioro Malta, gdzie kiedyś jeździłam na niezwykły festiwal teatrów ulicznych a teraz jeździmy co roku kibicować naszemu Tacie na zawody Triathlonowe Challenge Enea. Ostatnio była fatalna pogoda, deszcz, wiatr zimnica. A chłopaki zasuwali wpław 1.9 km… ale jak Challenge to challenge 🙂 Natomiast tylko tam widzieliśmy rockową kapelę Franciszkanów, która bez względu na pogodę dopingowała sportowców niezłym graniem na trasie części biegowej. To był fantastyczny dopalacz, jak mówili triathloniści. Jedzenie dla sportowców co roku coraz bardziej oszczędne i limitowane, co nawet szczególnie nie dziwi w tej części Polski 🙂 Poznań na pewno jest specyficzny i bardzo poznański 🙂

Zostaw komentarz