Moja własna najciętsza riposta w życiu, z której wciąż jestem dumny

Wrocław, to miasto wyjątkowe. Ci, którzy mnie znają, wiedzą dlaczego. Z tym miastem wiąże się historia Oleńki, mojej Żony. Dlatego – odkąd poznałem Oleńkę, a z Nią sam Wrocław – jest on dla mnie miastem magicznym. Jadąc dziś do niego, przypomniałem sobie najlepszą ciętą ripostę, którą wygłosiłem w życiu.

Student Gnyszka

Byłem jeszcze studentem i jak co miesiąc odwiedziłem Oleńkę na weekend. To była chyba sobota wieczór, byliśmy chyba na wieczornej Mszy u Dominikanów i po niej postanowiliśmy przejść się na Rynek. A jaki jest we Wrocławiu Rynek – każdy wie. Piękny, wspaniały, ale i nie bez architektonicznych uzupełnień ze strony wspaniałomyślnych urbanistów i architektów epoki socarchitektury.

Architektura Wrocławia

Dlaczego to ważne? Bo właśnie przez ten pryzmat postrzegam Wrocław, odkąd go poznałem. Jako mieszaninę zarówno poniemieckich zabytków, miejsce dynamicznego rozwoju współczesnego rynku deweloperskiego, który rodzi mniej lub bardziej udane realizacje… i architektonicznych eksperymentów epoki socjalizmu. Od słynnego linowca, przez sedesowce, aż po bloki z wielkiej płyty z dziwnymi kominami w okolicach Nowego Dworu, czy dość toporne kamieniczki uzupełniające pierzeje w okolicach Rynku. Wbrew pozorom te pamiątki po komunie nie są takie złe, być może ze względu na bliskość niemieckiej granicy, zależało władzom na pokazaniu wysokiego poziomu polskiej myśli architektonicznej, urbanistycznej, a także zdobniczej. Faktem jest, że będąc po raz pierwszy we Wrocławiu, pamiętnego sierpnia 2004 r., gdy wczesnym rankiem Oleńka odebrała mnie z Dworca PKS, dokąd przyjechałem z Bolkowa (czy ktoś z Czytelników jechał ze mną wtedy?), moje pierwsze wrażenie było właśnie takie:

Ojejku! Czas się tutaj zatrzymał. Nie 40 lat temu, ale jakieś 5 – 10, góra 15 lat w stosunku do Warszawy. Pozostałości po komunie, które w Warszawie już dawno zostałyby zaorane i zastąpione jakimś biurowcem, albo sklepem, tutaj były nawet w niezłym stanie, nawet jakoś tak zakonserwowane.

Nie powiem – urzekło mnie to.

moda

Moda Polska
Idziemy więc po Mszy na Rynek, po lewej pręgierz, McDonald’s, a na pierzei z Pocztą na rogu… Moda Polska. Także relikt. Dobrze pamiętałem, że w Warszawie ostatnią Modę Polską na tyłach Domów Centrum zamknęli kilka lat wcześniej, a przecież tam ubierała się w okresie prezesury w NBP Hanna Gronkiewicz-Waltz (pamiętam jakiś artykuł z óczesnej prasy) i – last but not least – tam kupił garnitur ślubny mój Tata. Nie powiem – świetny garnitur!

– Oleńko, choć zajdziemy do Mody Polskiej. Może wreszcie kupiłbym sobie jakiś elegancki płaszcz.

Wiedziałem, że w przyszłości będę Prezesem Gnyszką, ba! pierwsza firma już wtedy działała, więc zamarzył mi się elegancki wełniany, albo i wiosenny płaszcz. Ale taki elegancki.

– Dzień dobry – weszliśmy zamaszystym krokiem i od wejścia zostaliśmy nieco olani.

Jednak po przejściu parunastu kroków podeszła do nas młoda ekspedientka, która spytała w czym może pomóc. Nic nie zwiastowało zbliżającego się przebłysku geniuszu, który zaowocował ciętą ripostą, która – to ważne – przyszła do mnie na czas i była rzeczywiście cięta.

– Wie Pani, szukam eleganckiego płaszcza, takiego raczej na jesień.
– No, ale… u nas są płaszcze bardzo eleganckie, ale takie od dwóch tysięcy w górę – pani oznajmiła z lekką wyższością.
– Takie duże rozmiary? – odparłem bez zastanowienia – No, to rzeczywiście sklep dla grubasów. Chodź Oleńko, idziemy.

Odwróciliśmy się na pięcie i opuściliśmy lokal. Rok później w tym samym miejscu była już knajpa. Przypadek? Nie sądzę 😉

2 komentarze

  • Anna

    Marzec 23, 03 2016 01:39:55

    Ha! Riposta przednia. Miałam kiedyś bardzo podobną sytuację. Moja przyjaciółka poprosiła mnie o pełnienie zaszczytnej roli świadkowej na jej ślubie. Z racji, że w owym czasie przygotowań stacjonowała w Norwegii miałam za zadanie przejść się po salonach sukien ślubnych i popytać, czy w którymś mają w ofercie ten fason, jaki przyjaciółka sobie wymarzyła (żeby, kiedy przyleci na kilka dni do Polski, mogła iść od razu do salonów, które spełniłyby jej oczekiwania).
    Weszłam więc do jednego salonu sukien. Chociaż wyglądam na młodszą, niż jestem, nie sposób było podejrzewać mnie o bycie niezdolną wiekowo do zawarcia małżeństwa. Wchodzę do sklepu, oglądam, wyczekuję sprzedawczyni, której nie ma na widoku, bo żywo dyskutuje z kimś na zapleczu. W końcu kobieta pojawia się w sali sprzedażowej, sucho odpowiada na moje dzień dobry, obrzuca mnie badawczym/oceniającym spojrzeniem od stóp do głów (takim, jakim obdarza się krowy na targu, żeby ocenić jej wartość) i… wraca na zaplecze kontynuować rozmowę. Jako przedsiębiorca i człowiek byłam w takim szoku, że jeszcze minutę stałam na środku salonu, przekonana, że nie można chyba być aż tak fatalnym sprzedawcą, by potraktować potencjalną klientkę w tak bezczelny sposób. Czy pracodawca tej kobiety wie o jej zachowaniu? Czy może to jej salon – w takim razie dlaczego popełnia PR-owe samobójstwo?
    Wyszłam i oczywiście opowiedziałam o tej sytuacji kilku osobom. Jakiś czas później na miejscu salonu otworzyła się kwiaciarnia. Ciekawe, dlaczego 😀

    • Maciej

      Marzec 23, 03 2016 10:54:38

      Hue hue 🙂 Dobre!

Zostaw komentarz