Nie wylewajcie Śpiewaka z kąpielą!

  • 24 lutego 2013 r.
  • Komentarze wyłączone.

Kurz opadł. Wszyscy, którzy powinni wyrazili oburzenie, media zagrzmiały, skandal wybrzmiał. Pora zatem przyjrzeć się tematowi na chłodno i wnikliwiej go przeanalizować. Nie roszczę sobie pretensji do tego, by omówić ten kejs kompleksowo, chciałem natomiast na jego kanwie wygłosić parę opinii na temat kluczowych jego aspektów.

Jakub Śpiewak źródło: se.pl

Przyznaję, planując ten wpis, zamierzałem przejechać się po Śpiewaku, żeby furczało. Nie dość, że człek zrobił zły PR wszelkim organizacjom pozarządowym w Polsce, to jeszcze należał do grona tych fundacji, które żyją dzięki Państwu bardziej, niż Darczyńcom. Na to zaś jestem bardzo wyczulony. Bliższy risercz jednak skłonił mnie do chłodniejszego oglądu tematu, bo gromy poleciały już z każdej strony i nic nowego tutaj nie dodam. Co więcej – nabrałem podejrzeń co do rzeczywistych rozmiarów winy Jakuba Śpiewaka.

Przypomnijmy o co chodziło. Najpierw (15 lutego) nasz bohater na swoim blogu opublikował dramatyczne wyznanie. Pojawiły się nawet do niego trzy komentarze (CMS wciąż pokazuje, że tekst został skomentowany, jednak samych komentarzy już nie ma) – pewnie nieprzychylne. Następnie, tj. 17 lutego temat nagłośnił portal NaTemat.pl (którego zresztą Jakub Śpiewak był blogerem), zamieszczając omówienie tekstu. Co ciekawe, jego autorem jest twórca zeszłorocznego tekstu o Nocy Wolności, o którym pisałem tutaj. Jest niedziela. W poniedziałek ukazuje się kolejny numer tygodnika WPROST, w którym tekst-bomba dokumentujący nadużycia Jakuba Śpiewaka. Dowiadujemy się, że z konta fundacji wyparowało grubo ponad 100 000 zł, które zostały „spożytkowane” na ubrania, wczasy w Turcji i inne konieczne do prowadzenia misji rzeczy. Na drugi dzień o sprawie poinformował jeszcze TVN24. To chyba wszystko z medialnych relacji, co mi się rzuciło w oczy.

Dlaczego Śpiewak musiał dostać bęcki? Nie mam pojęcia. Wiem jednak, że wyciągi z kont bankowych same nie wpadają w ręce dziennikarzy. Oczywiście, przeciek mógł powstać dzięki skonfliktowanym z Jakubem Śpiewakiem ekspracownikami Fundacji KidProtect, którym nie płacił. Zwolennicy szukania drugiego dna widzą raczej powodu przecieku w zeszłorocznym sporze Śpiewaka z Owsiakiem, który wciąż jest pupilem władzy i – jak sam zadeklarował – „umie walnąć z Baśki”. Spór toczył się o Rzecznika Praw Dziecka,  a swoje zdanie nasz bohater wyraził w dwóch tekstach: „Hucpa Owsiaka” oraz „Jerzy listy pisze”. Moim zdaniem to niewystarczający powód do podpadnięcia na całej linii, by zostać odstrzelonym. OK, ostatnio zadeklarował nawet brak poparcia dla Partii, ale żeby aż takie retorsje miały go za to spotkać? Nie wydaje mi się.

Pogrylujmy jeszcze Co ciekawe, grillowanie nie było aż tak intensywne, bo nikt na przykład nie dotarł do tekstu Śpiewaka sprzed miesiąca na temat pazerności Marszałków Sejmu, w którym autor rozwodził się szeroko na temat tego, co z pieniędzmi podzielonymi w postaci nagród dla urzędników należałoby zrobić. Nikt także nie odnotował jego udziału w zeszłorocznych obradach nad polską odmianą Międzynarodowej Deklaracji Zasad Etycznych w Fundraisingu, na których mnie samego nie było (rwali mi wtedy zęby), ale delegacja z Gnyszka Fundraising Advisors owszem. OK, wystarczy już tego znęcania, chłop – jeśli ma sumienie – będzie lizał rany przez najbliższe dziesięć lat.

Co złego zrobił Śpiewak? Odpowiedź jest prosta – przywłaszczył na potrzeby osobiste nie związane z realizacją misji pieniądze swojej fundacji. Skąd one pochodziły? Media piszą o „sponsorach” (pewnie dlatego, by nie uderzać w ministerstwa i inne urzędy, z którymi przecież intensywnie fundacja współpracowała). Sam nie mam dużej wiedzy na temat struktury przychodów Fundacji KidProtect. Natomiast przeglądając jej stronę internetową, gdzie nie prosi się intensywnie o prywatne darowizny, za to jest mnogość logotypów instytucji państwowych i związanych z nimi podmiotów, można dojść do wniosku, że była to typowa fundacja utrzymywana głównie systemem grantów, dotacji, bądź świadczeniem usług na rzecz państwa i samorządu. Jeśli zatem media piszą o „sponsorach”, to chyba ostatecznie chodzi tu o podatnika. Tym bardziej, że sam zainteresowany w swojej spowiedzi pisze:

Nie umiem zarządzać ludźmi, nie umiem sprawnie pozyskiwać środków na działalność.

Hybris – pycha podąża o krok przed upadkiem Źródła swego upadku, Jakub Śpiewak upatruje w pysze, pisząc:

Dziś zastanawiam się, czy gdzieś z tyłu głowy nie miałem takiego rodzaju próżności i pychy, która jest pokusą osób zaangażowanych w robienie rzeczy dobrych, a wierzę, że przez 10 lat funkcjonowania fundacji coś dobrego zrobić się udało. Próżności i pychy, które kłamliwie podpowiadają „robię tyle dobrego, więc wolno mi nieco więcej”.

To refleksja dla niego nie nowa, bo podczas słynnej dyskusji z Owsiakiem, napisał ponad rok wcześniej:

Niestety, zauważam to od dawna, że robienie rzeczy wielkich wystawia każdego człowieka na niebezpieczeństwo. Na niebezpieczeństwo popadnięcia w pychę. Pychę, która każe nam myśleć, że na każdy temat możemy i musimy się wypowiadać, że na każdy temat mamy coś mądrego do powiedzenia.

Istnieje takie zjawisko, wielokrotnie się o tym przekonałem współpracując z kilkudziesięcioma już organizacjami pozarządowymi i ich zarządami. Jest ono moim zdaniem tym silniejsze, im bardziej organizację pozarządową wspiera państwo – rośnie bowiem ryzyko wpadnięcia w uzależnienie maskowane racjonalizacją wg schematu „Tępi nuworysze nie chcą nas wspierać, urzedy łupiąc ich dają nam to, co nam się słusznie należy!”.

Przestroga dla NGO Dlatego każdemu dobrze robi doświadczenie fundraisingowe (nie mylić z grantowym!) – czyli pokorne proszenie o wsparcie własnych działań tych, którzy wcale nie mają obowiązku nas wesprzeć. To wymaga pokory. Spotkanie z Darczyńcą, albo Sponsorem (szczególnie tym z segmentu MiŚ-ów) uświadamia, że wszyscy dzielimy jeden los – musimy pracować w pocie czoła, żeby żyć. I jeśli nasze działania ktoś wspiera, to nie dla naszej osobistej wspaniałości, tylko dla misji którą realizujemy. Twierdzę zatem, że zakorzenienie finansów NGO w otoczeniu Darczyńców indywidualnych i Sponsorów sprzyja większemu realizmowi ich działaczy. Każda darowizna trafia bowiem od konkretnego człowieka, o którego musimy dbać, zaprzyjaźnić się… realizować jego cele! A jeśli coś źle zrobimy – spojrzeć Mu w oczy.

Przestroga dla Darczyńców Ten przypadek to także przestroga dla Darczyńców? Nie, nie przejęzyczyłem się 🙂 To przestroga dla Darczyńców z dwóch względów. Po pierwsze – by byli bardziej otwarci na prośby ze strony organizacji pozarządowych! To nie oznacza większej hojności, tylko otwartość na wsparcie. Wielokrotnie powtarzam, że moim największym sukcesem fundraisingowym nie są wcale spektakularne akcje zbiórkowe, które kończą się setkami tysięcy złotych zebranych na dobry cel… tylko przekonanie pewnego licealisty ze Śląska, że warto wesprzeć pewne dzieło złotówką miesięcznie. Dlaczego? Bo miliony składają się z milionów złotówek – to też. Ale przede wszystkim dlatego, że ta złotówka, widziana po zalogowaniu na konto fundacji oznaczała komunikat:

Cześć! Nie stać mnie teraz na większe wsparcie, ale to co robicie jest dla mnie bardzo ważne! Good job!

To bardzo dużo, bo codzienność NGO’s to jednak walka z niedopinającym się budżetem, strach, frustracja… i wielka wola dalszego pełnienia misji. Dlatego w styczniu ruszył nasz projekt Wielka Orkiestra Codziennej Pomocy.

Jest jeszcze druga przestroga. To zazwyczaj dzieje się samo przez się, ale warto to sformułować. Darczyńco – wspierając organizację, wprawdzie nie stajesz się jej właścicielem, ale jesteś za nią współodpowiedzialny. Interesuj się więc tym, co się dzieje, co jeszcze można zrobić by misję realizować lepiej, nie wahaj się zgłaszać swoich pomysłów! Nie tylko poznasz nowych ludzi i zyskasz wiarę w to, że świat jednak można zmienić, ale ułatwisz swojej organizacji uczciwe działanie.

Nie ma darmowych obiadów! News, który poszedł w świat – z tego co pamiętam nagłówki – był mniej więcej taki:

Miał pomagać dzieciom, a jeździł do Turcji

Wnikliwa lektura spowiedzi Śpiewaka każe podejść z większą rezerwą do skrótowych leadów w mediach. Śpiewak pisze bardzo wyraźnie:

Dobrym przykładem niech będzie to, że nigdy nie zatrudniłem w fundacji siebie na umowę o pracę. Co jakiś czas podpisywałem umowy o dzieło i umowy zlecenia, ale i tego nie pilnowałem należycie. Mogłem przecież tę umowę o pracę podpisać. Ale nigdy tego nie dopilnowałem. Co gorsza – zamiast wypłacić sobie z tytułu tych umów pieniądze, płaciłem po prostu z konta fundacji. Nie pilnowałem rachunkowości. I wielu innych rzeczy. Szczytem głupoty było zapłacenie za wyjazd do Turcji. Był to mój pierwszy, trwający tydzień, urlop od 20 lat. Ale nic nie usprawiedliwia użycia karty służbowej.

Okazuje się zatem, że te 170 000 zł, o których huczało w mediach być może – podkreślam być może – dałoby się zakwalifikować po prostu jako słuszna zapłata za dobrą robotę – Fundacja bowiem skutecznie pełniła swoją misję i urosła (tak mi się wydaje, bo i ja przedtem słyszałem o jej działaniach, nie interesując się zbytnio tym segmentem NGO). Jeśli tak, jeśli istotnie Śpiewak nie pobierał wynagrodzenia regularnie, to całą sprawę jednak uważam za dętą. 170 000 zł na 10 lat, to 17 000 zł rocznie. 1416,67 zł na rękę miesięcznie. Majątek, prawda?

Sprawy nie bagatelizuję, jednak chciałbym zauważyć dwie rzeczy. Po pierwsze – wielkim złem polskiego dyskursu na temat organizacji pozarządowych jest wiara i żądanie, by działały one bezkosztowo. Nie dziw, że podzielają ją zwykli obywatele, ale zdziwieniem napawa fakt, że szerzą ją także media. NIE DA SIĘ działać bez jakichkolwiek kosztów. Napiszę o tym niebawem oddzielny wpis, dziś jednak wskażę, że nawet wolontariusz („darmowa siła robocza”?) jest dla fundacji kosztem – trzeba go bowiem co najmniej: przeszkolić, wyposażyć i koordynować. Nie wszystko to da się załatwić w barterze! Po drugie – żyjemy w czasach, kiedy to z wielu względów korupcja i marnotrawstwo osiągnęły dramatyczne rozmiary, są firmowane przez rozliczne instytucje państwowe i to jest prawdziwy problem! Pisałem o tym nie tak dawno. 170 000 zł wydane wątpliwie przez prezesa nawet najbardziej znanej fundacji o najbardziej wzniosłem misji… to jest naprawdę małe miki (swoją drogą może właśnie sprawa Śpiewaka miała przykryć ostatnie afery związane z autostradami?).

Kulczyk o tym marzy! Przy tym wszystkim należy zaznaczyć jedno – organizacje pozarządowe osiągają w swych działaniach ROI, o którym pomarzyć może każdy przedsiębiorca, nawet najbardziej błyskotliwy. Co mam na myśli? To proste. Właśnie dzięki wolontariuszom, zaangażowaniu sympatyków, ponadnormatywnej pracy pracowników, darowiznom pieniężnym i rzeczowym… każda złotówka włożona w NGO daje w formie różnorodnych form pomocy właściwych każdej organizacji znacznie więcej, niż średnioroczne 15% osiągane przez najlepszych rekinów biznesu. I żaden Jakub Śpiewak tego nie zmieni i nie zmienił. Ale to już zupełnie na marginesie 🙂

————————

Podobał Ci się ten wpis? Podziel się nim: