Ludzie lubią magię – nawet w XXI wieku. Socjologowie wylali na ten temat morze atramentu, zresztą i ja sam parę lat temu spłodziłem w tej kwestii licencjat w Instytucie Socjologii UW, który być może wreszcie w tym roku opublikuję w formie broszury. Jak się okazuje – bardzo często myślenie magiczne wiąże się z wyciąganiem sobie z buzi smoczka. O co chodzi? Poczytajcie!

Maksik – szara eminencja dzisiejszego tekstu, ale bez smoczka!

Nazwa dla tego zjawiska nasunęła mi się dzięki obserwacjom Maksika. Każdy rodzic małego człowieka na pewno zetknął się z sytuacją, w której rozeźlone dziecko płacze chcąc otrzymać smoczek, który następnie ssie kilka minut i w wyniku braku koordynacji ruchowej rączek, albo na dalszym etapie rozwoju już intencjonalnie, wyciąga sobie smoczek i… płacze z powodu braku smoczka w buzi! 🙂 Zjawisko notowane podczas zasypiania prawie zawsze.

Wbrew pozorom nie ogranicza się jedynie do zasypiania w wieku niemowlęcym, ale występuje także – mutując wielokrotnie – w dorosłym życiu, w tym także w biznesie. Współwystępuje wówczas z myśleniem magicznym, czyli w tym wypadku wiarą, że coś się stanie mimo, iż nic na to nie wskazuje, czy wręcz wskazuje na to, że się nie stanie!

Członkowie Towarzystwa Biznesowego Warszawskiego znają tę analogię, bo po raz pierwszy zastosowałem ją właśnie w jednym z krótkich wykładów na temat networkingu. W odniesieniu do tej dziedziny po raz pierwszy zakiełkowała mi w głowie myśl o tej metaforze.

Nie pisałem na tym blogu wprawdzie jeszcze o tym na czym polega networking w ramach wyspecjalizowanej grupy (obiecuję to nadrobić), ale jego zalety krótko scharakteryzujmy:

  • możliwość dotarcia poprzez 30-osobową grupę do 5000 ludzi i zwiększenia sprzedaży,
  • sieć przyjaznych osób gotowych do pomocy nie tylko w sytuacjach biznesowych,
  • miło, pouczająco i inspirująco spędzony czas.

Oczywiście to ta pierwsza zaleta jest zwykle głównym celem do osiągnięcia i to dla niej głównie płaci się roczny abonament. Do tego, by ją i pozostałe realizować, konieczne są dwie rzeczy:

  • nawiązanie przyjaznych stosunków z innymi członkami grupy i rzetelne świadczenie im pomocy,
  • profesjonalne proszenie o pomoc dla siebie (czyt. takie formułowanie prośby, które umożliwia jej spełnienie, tzn. np.: „Szukam kontaktu do handlowca firmy XY” zamiast „Szukam kontaktów w przemyśle”).

Drogi do tego prowadzące są dość konkretne – od frekwencji na spotkaniach, dobre zarządzanie własnym czasem, pozyskiwanie nowych kontaktów, doskonalenie swojej elevator pitch (czyli 30-sek. przedstawienia firmy), aż po… osobiste spotkania z innymi członkami. To chyba jasne, że ciężko jest poznać na wylot (!) 30 różnych firm ze swojej grupy jedynie na podstawie cotygodniowych 15 minut wstępnego miksowania na śniadaniu i serii 60-sekundowych autoprezentacji.

Tymczasem wciąż od czasu do czasu spotykam osoby, które uparcie wierzą, że proces ten dokona się w sposób magiczny. Wiedza na temat firm przepłynie z głowy do głowy sama, skojarzenia moich potrzeb z sieciami kontaktów innych członków uruchomią się jedynie na podstawie tych kilkunastu sekund mówienia o nich, etc. Wyciągam smoczek, rzucam go poza łóżeczko i… ryczę, mając nadzieję, że sam wróci do mojej buzi 🙂

Tak jest jednak nie tylko z networkingiem. Tak jest ze wszystkim, a powód tego opisuje już Księga Rodzaju. Po grzechu pierworodnym – jeśli nie czynimy wysiłków i nie posiłkujemy się łaską – dryfujemy w jednym kierunku. W kierunku dziadostwa. W dziedzinie duchowości dziadostwo to grzech, w dziedzinie biznesu – brak konkurencyjności.

Wyjmujemy sobie zatem smoczki w dziedzinie sprzedaży, nie sprzedając aktywnie, wierząc że klient przyjdzie sam, przecież na pewno ogląda naszą stronę internetową dzień i noc! Wyjmujemy sobie smoczki w reklamie, nie mierząc jej skuteczności i nie korygując jej, etc. Pretensje zaś prawie zawsze kierujemy nie pod tym adresem, gdzie powinniśmy. Czysta magia – Wielkie Mzimu zepsuło mi sprzedaż, Wielkie Mzimu nie dało mi sukcesu w reklamie, Wielkie Mzimu kazało mi na śniadaniu networkingowym gadać o polityce, albo hobby, zamiast o biznesie.

P.S. Ciekawe uwagi na temat myślenia magicznego w przemyśle poczynił ostatnio p. Marek Bernaciak na swoim blogu we wpisie pt. Diagnostyka… magiczna!

P.P.S. Milutcy, najwyższa pora zapisać się na mój newsletter. Co w nim będzie? Ho ho ho – plany mam mocarstwowe i pewnie ruszą koło tzw. wakacji (hue hue!), więc nie traćcie czasu i się wpisujcie w prawym górnym rogu strony.

Wejdź do niezwykłego świata Macieja Gnyszki
i zobacz, jak 
robić networking w jego stylu!

Zapisz się na mój e-dziennik
Maciej Gnyszka Daily