Na jednym z ostatnich szkoleń dostałem dziwne pytanie. Może nie tyle dziwne, co nietypowe albo rzadkie. Odpowiem dziś na nie wpisem, który właśnie publikuję.

Czy to ważne?
Oczywiście to trochę śmieszne odpowiadać na takie pytanie publicznie, może nawet głupio – bo w końcu to kompletnie bez znaczenia jak wygląda dzień Gnyszki, Szyszki, czy innego Jana Kowalskiego. Tak pomyślałem też wtedy, gdy je usłyszałem. Okazało się jednak, że ani odpowiedź, której udzieliłem nie była oczywista, ani nieważna. Po raz kolejny okazało się, że zasada Don’t assume, o której już kiedyś pisałem (czytaj —> Don’t assume Bejbe!) – znajduje w życiu szerokie zastosowanie. Okazuje się bowiem, że podzielenie się czymś tak mało znaczącym jak rozkład dnia może być dla kogoś inspiracją, albo upewnienem że nie on jeden ma jakiś problem, albo że coś u siebie rozwiązał lepiej. Zawsze warto dzielić się wiedzą i doświadczeniem, bo zawsze szkoda czasu na wyważanie otwartych drzwi!

kalendarz

Przedranek

Dzień zaczyna się zwykle ok. 5:20. Od czego? Od walki z grawitacją i ciepełkiem pod kołdrą, by wstać razem z budzikiem, poświęcić dzień Panu Bogu i nie dosypiać. Nie zawsze wychodzi, ale później niż o 6:00 zdarza mi się zaczynać dzień bardzo rzadko. Na przykład wtedy, gdy poszedłem spać po północy, a w trakcie odpoczynku wstawałem parę razy do dzieci. Jako, że dziś już obaj Juniorzy bez problemu przesypiają całą noc – to nieaktualne.

Oszczędzę Wam opisu porannych rytuałów, robienia się na bóstwo i drobiazgowej kontroli węzła sanitarnego. Tego możecie się domyślić 😉

Do biura wyjeżdżam zazwyczaj o 5:50 i jestem na placu boju czasem nawet i przed 6:30. Kiedy tylko obowiązki na to pozwalają, jestem u św. Jakuba na Mszy o 6:00 albo 6:30. Jak łatwo wyliczyć, dojazd do pracy zabiera mi akurat długość odmawiania Różańca, if you know what I mean… Potem zaczyna się wytwarzanie PKB.

Ranek

Czas między 6:30 a 9:00, to bardzo ważny czas. Te 2,5 godziny, to często jedyny moment, który mogę wykorzystać na odpisanie na maile, napisanie potrzebnych tekstów, rozdzielenie zadań – czyli pracę stricte operacyjną, nie mówiąc o zaplanowaniu czegoś, czy przemyśleniu.

Przedpołudnie, środek i popołudnie

Od 9:00 zaczyna się codzienny młyn związany nie tylko z przyjściem do pracy większości członków zespołu (czyli Misiaczków), ale i powolnym rozdzwanianiem się telefonu, czy możliwością spotkania się z Kontrahentami, Klientami, etc. To nie oznacza bynajmniej, że nie umawiam się nigdy na telefony, albo spotkania przed 9:00. Rekordowy termin, to 6:30.

Co zapełnia mi dzień? Głównie trzy rodzaje aktywności.

Po pierwsze – praca z zespołem. Wielu ludzi myśli, że zespół ma się po to, by mogło się samemu nic nie robić. Być może, gdy jest się Kulczykiem i nie ma się dalszych planów poza trwaniem, to tak jest, natomiast w znacznej większości przypadków firm o mniejszej skali – rolą szefa jest przewodzenie zespołowi i rozwijanie poszczególnych jego członków. Takie skrzyżowanie roli ojca, matki, trenera sportowego i psychologa. Pewnie czegoś jeszcze. I taka mieszanina musi zarówno uczyć, inspirować, poprawiać, jak i podnosić na duchu, czy czasem doradzić nawet w kwestiach rodzinnych.

Po drugie – praca z Partnerami zewnętrznymi. Mam tu na myśli zarówno obecnych, jak i potencjalnych. Choć prawdą jest, że wiele spotkań można by zastąpić mailem, to prawdą jest również że wiele dziesiątek napiętych, albo niekonkretnych maili można zastąpić jedną rozmową telefoniczną, a wiele takich rozmów – spotkaniem. Czasem jest to konieczne z zupełnie intuicyjnych powodów, czasem formalnych. Bywają takie dni, że spotkania (najchętniej u mnie, żebym nie tracił czasu na dojazd) ustawione mam ciurkiem od 9:00 do 17:00. Niekiedy jedno z nich jest obiadowe, innym razem nie.

Po trzecie – telefony. Choć można sobie zaplanować dzień co do minuty, to zawsze życie zaskakuje, niczym Karol Strasburger sucharem w Familiadzie. Dzwoni nieprzewidziany telefon, coś się wali, albo ktoś wpadł na genialny pomysł, etc. Dlatego też poczesne miejsce w moim planie dnia stanowią telefony – zarówno inicjowane przeze mnie, jak i odbierane. Pewnie gdyby nie słuchawki, to miałbym mózg przegrzany jak… no nie wiem jak co. Jak farelka. No, bo nie mogłoby być inaczej, skoro wg Plusa na telefonie spędzam (jeśli nic się nie zmieniło od roku odkąd sprawdzałem), ponad 24 godziny w miesiącu.

Choć muszę przyznać, że przychodzące staram się przesuwać na 17:00, gdy wsiadam do mobilnej budki telefonicznej. No właśnie! Kończy się praca biurowa i co?

Budka

Ze względu na konieczność wykorzystywania samochodu w ciągu dnia – od paru miesięcy nie jeżdżę już wukadką (to za chwilę się skończy, gdy pojawi się samochód firmowy, ale brak oszczędności boli mnie niczym zgorzel miazgi —> czytaj Jak oszczędzam 10 000 zł miesięcznie). Jeżdżę za to mobilną budką telefoniczną, czyli swoim samochodem, który dzięki prezentowi od Zespołu, wyposażony jest w zestaw głośnomówiący. Droga do domu, to akurat czas na od 5 do 10 rozmów telefonicznych, które popychają sprawy, które powinny ruszać się szybciej. To czasem też okazja, by pogadać z członkami Zespołu o tym, jak udał się dzień.

Wieczór

Zwykle koło 18:00 jestem z powrotem. Następne 3 godziny, to czas dla Juniorów i Pani Gnyszkowej. Dużo rzeczy się wyprawia, w tym tańczenie poloneza, ćwiczenia z Maksiem, malowanie, kąpanie, karmienie, usypianie i wieczorne rozmowy o Panu Żubrze. Zasypiając, Maksio pyta mnie niekiedy kto ze znanych mu z opowiadań ludzi, był dziś w pracy. Najpóźniej o 21:00 bierzemy się z Oleńką za ogarnianie obejścia. Nic tak nie łączy, jak wspólne mycie garów, wieszanie prania, picie herbaty, etc. No dobra, gary zmywam ja.

Niekiedy starcza czasu na wieczorną lekturę, robienie zakupów przez internet, napisanie bloga, odpisania na pilniejsze maile, które weszły w międzyczasie, czy jedzenie bardziej fikuśnej kolacji z Żoną. Nie mówiąc o wypełnianiu obowiązków stanu, if you know what I mean. Bywa, że – jak wspomniałem – zasypiamy koło północy. A noce – jeśli akurat dzięki przedszkolu na tapecie są choroby – bywają huczne 🙂 Być może dzięki przyzwyczajeniu do pracy w cyklach Pomodoro, nie mam problemów ze spaniem na raty, między jednym bólem ząbka Antka, a kaszlem, albo zatkaniem nosa Maksia przez przebrzydłe koźluty. I często bywa tak, że nie chce mi się spać, bo nie mogę doczekać się kolejnego dnia i tego, co mam wtedy zaplanowane.

Narzędzia

Teraz już wiecie co w ciągu dnia robię. Pewnie Wasze dni wyglądają mniej więcej tak samo. Dlatego, żeby nie było, że opublikowałem truizmy, dodam jeszcze słówko. Największym wyzwaniem jest to, by nie marnować w ciągu dnia ani chwili. Nie jestem w tym mistrzem, ale sądzę, że to co napisałem kiedyś w poście pt. Za co podziękował mi Marcin, może być dla niektórych pożyteczne. Jeśli macie swoje sposoby – dajcie znać w komentarzach. Chętnie wyciągnę z każdej doby więcej, bo pole do optymalizacji jest wciąż ogromne.

 

Wejdź do niezwykłego świata Macieja Gnyszki
i zobacz, jak 
robić networking w jego stylu!

Zapisz się na mój e-dziennik
Maciej Gnyszka Daily