… czyli łerklajfbalans (work-life balance). To nie będzie klasyczne słodkie bredzenie o równowadze między życiem zawodowym a prywatnym. To będzie wpis o odpoczynku, krwi, pocie i łzach. Będzie też o kawie.

Sąda

Na fanpejdżu zrobiłem sondę i aż dwie osoby prosiły o napisanie na ten temat, czyli na temat łerklajfbalansu. A że Czytelników mam przewspaniałych, to czy mogłem na ten temat nie napisać? Mogłem. Tylko po co?

Work-life balance – opowieść prezesa

Żyjemy w bardzo pieszczotliwych czasach. Kiedyś ludzi bolały głowy, bywali smutni, podnieceni, albo zmęczeni, dziś miewają migreny, depresje, ADHD albo wypalają się zawodowo. I bynajmniej nie deprecjonuję osiągnięć nauk o człowieku, naigrywam się tylko z ludzkiej skłonności do użalania nad sobą i szukania obiektywnych powodów swojego zachowania, podczas gdy… po prostu brakuje woli i charakteru. Jednym z takich fetyszy, który daje ludziom różnorodne alibi w różnych sprawach jest idea work-life balance, na punkcie której kompletnego bzika ma pokolenie Y (HR-owcy określają ich jako: nic nie umiem + chcę zarabiać zyliony + nade wszystko chcę zachować work-life balance).

Przeszedłem się kiedyś na poranne spotkanie w pewnej francuskiej firmie doradczej, na której prezes miał opowiedzieć o swoim spojrzeniu na work-life balance. Spodziewałem się wpomnianego w leadzie słodkiego bredzenia na ten temat, opowieści z mchu i paproci sytego prezesika o problemach, których doświadcza lud. Jakież było moje zdziwienie, gdy usłyszałem coś zgoła przeciwnego. Prezes powiedział mniej więcej tak:

Drodzy Państwo. Work-life balance w moim życiu oznacza to, że od prawie 40 lat pracuję po 14 godzin dziennie, czasem robię sobie wolne niedziele, gdy się zmęczę… i jestem szczęśliwy. Mój zięć – czego kompletnie nie rozumiem – jest stomatologiem i poza weekendem lubi sobie nie pracować jeszcze przez 2 dni. Nonsens.

Pomyślisz sobie – Wariat! Może i wariat, może i pracoholik. A co, jeśli on tak ma naprawdę? 🙂 Co jeśli praca to jego pasja, wręcz życiowa misja i w pracy robi to samo, co w domu, a w domu to samo co w pracy i na dodatek to samo robił także na studiach i w dzieciństwie, bo to od zawsze jego pasja? A co jeśli rodzina tę pasję podziela?

Żyjemy w dziwnych czasach. To oczywiście temat na osobny wpis, ale powiem tylko, że to czasy w których ludzie pracują w znienawidzonych miejsach po to, by móc od nich coraz intensywniej odpoczywać na coraz intensywniejszych i bardziej egzotycznych wakacjach. Wielu wyjazd do Ustki nie wystarcza, bo muszą odreagować.

Photo credit: DrabikPany / Foter / CC BY

Photo credit: DrabikPany / Foter / CC BY

Dobra, przechodzę do rad, bo przecież w tym celu w ogóle wziąłem się za ten wpis.

Rada 1: rób coś innego, niż zawsze

Dla większości ludzi odpoczynek musi polegać na robieniu rzeczy spektakularnych. Jak imprezy, to do upadłego. Jak turystyka, to najlepiej w Himalaje, a jeśli tylko opalanko, to koniecznie sekswczasy w Egipcie, albo innym Timorze. Jak wspomniałem, to chyba w większości przypadków sposób na reset po nieciekawym, znienawidzonym życiu codziennym. Dla innych to sposób na lans w ciągu roku, bo przecież trzeba czymś się chwalić, jeśli się mieszka na 24 metrach z teściami i ich psem zaraz obok wiecznie zapchanego zsypu. Niektórzy w takich warunkach mają wielką potrzebę kolorowania samych siebie opowieściami o tym, jak spędzili wakacje, zamiast ciułać cierpliwie pieniądze na inne lokum.

Tymczasem odpoczynek polega na wprowadzeniu zmiany. Na co dzień klepiesz linijki kodu? Wyjedź pod namiot. Nawet do puszczy kampinoskiej. 15 km od domu. Gwarantuję, że w sto razy mniejszym budżecie wrócisz sto razy bardziej wypoczęty. Jeśli masz żonę, to żona też. Jeśli dzieci, to tym bardziej – jeszcze nauczą się, że kotlety nie rosną na drzewach, tylko dają je krowy, które osobiście spotkały, albo nawet wlazły w minę ich autorstwa podczas spaceru.

Warunek konieczny – Twoja żona nie może być jak Brook z Mody na Sukces, albo jakaś inna zmanierowana Żanet., dla której ważniejsze są koleżanki, niż mąż.

Rada 2: przestań robić to, co robisz zawsze

Zacząłeś robić inne rzeczy, niż na co dzień? Super. Teraz jeszcze pora zaniechać robienia tego, co robisz na co dzień 🙂 Tak, mam na myśli telefon, laptopa, spotkania z ludźmi, etc. Warto opuścić codzienną rutynę, by tym lepiej ją zmienić po powrocie. Gwarantuję, że nie będziesz miał z tym większego problemu nie tylko wtedy, gdy codziennie będziesz spędzał godziny na kajtserfingu albo turbowrotkach z napędem Diesla za jedyne 100 Euro za kwadrans. Wystarczy, że zabierzesz parę ciekawych książek i ekspres do kawy. Chyba, że masz dzieci, wtedy wystarczy je po prostu zabrać ze sobą. Gwarantuję, że czas korzystania z elektroniki wyreguluje się sam.

Aha, tutaj muszę dodać, że w moim przypadku uaktywnianie się w mediach społecznościowych na wakacjach, to właśnie wynik robienia tego, czego nie robię na co dzień. Na co dzień bowiem rzadko mam czas i okazję pisać posty, albo robić fajne zdjęcia 😛

Rada 3: nie bój się „stracić czasu” na myślenie

Jeśli w ogóle czytasz ten wpis, to znaczy że jesteś masochistą, bo mimo iż codziennie Twój mózg przyjmuje zyliardy komunikatów, Ty jeszcze szukasz kolejnych… Ale moje przynajmniej są wartościowe, prawda? 😉 No właśnie – przeciążenie informacyjne. Nie bój się na wakacjach poświęcić czasu na… myślenie. Po prostu na myślenie w samotności. Gwarantuję, że zabranie ze sobą notesu zaowocuje mnóstwem spisanych zadań do zrobienia, pomysłów do rozwinięcia i realizacji… ba! Może nawet po powrocie z takich wakacji wrócisz innym człowiekiem, zmienisz pracę, otworzysz firmę, etc. Co więcej – może to nawet będą bardziej rekolekcje, niż wakacje. I bardzo dobrze.

Żyjemy w takim biegu, że najczęściej nie mamy czasu zastanowić się, czy biegniemy w kierunku, w którym chcemy.

Popularny dziś tzw. aktywny wyczpoczynek, jeśli nie jest zwykłym, odwiecznym zadbaniem o kondycję, tylko jakąś manią aktywności… może być tylko formą ucieczki od realnych problemów, czy podjęciem decyzji. A przecież najlepiej myśli się w relaksie!

To dlatego na wakacjach nigdy nie obchodzi mnie pogoda. Najlepsza pogoda z mojego punktu widzenia, to deszcz i średnio ciepła temperatura. Można zarówno pospacerować, zahartować się, jak i ma się mnóstwo powodów do zostania w domu i rozmyślania.

Zakończenie, czyli złe wieści

Na koniec mam złą wiadomość. Bywają w życiu okresy, gdy nie ma się czasu na porządny odpoczynek. Nawet taki prosty, jak opisałem wyżej. Co wtedy? Czy powinieneś się frustrować? Nigdy. Prawdziwy hardkor nigdy się nie frustruje poza sytuacją, w której stoi w korku, bo nie oddano jeszcze inwestycji, która miała być gotowa na Euro2012. Prawdziwy hardkor w takiej sytuacji po prostu żyje heroicznie. Wykraja sobie pół godziny w tygodniu i wykorzystuje je na efektywny odpoczynek. I jest zadowolony. Bo kiedyś będzie lepiej. Albo nigdy nie będzie. I też nie ma co płakać, bo nie zostaliśmy stworzeni do odpoczynku, tylko do tego, żebyśmy byli święci 🙂

Wejdź do niezwykłego świata Macieja Gnyszki
i zobacz, jak 
robić networking w jego stylu!

Zapisz się na mój e-dziennik
Maciej Gnyszka Daily