To będzie wpis o obsesji. Obsesji procentów. Ogarnia ona swoim zasięgiem coraz więcej ofiar, które myśląc, że dążą do szczęścia, tak naprawdę wyrządzają sobie krzywdę i to czasami olbrzymią. A przecież gdyby tak usiąść i porządnie pomyśleć, stałoby się jasne, że to droga donikąd!

Nie chodzi o alkohol

Wbrew temu co może sugerować lead, nie chodzi mi wcale o alkohol 🙂 Choć zastanawiam się, czy czasem skutki picia wódki nie są czasem mniej opłakane, niż skutki obsesji biznesowej, którą zaraz spróbuję opisać. Prawdopodobnie ta druga ma na swoim koncie więcej ofiar, bo upadłe firmy osierocają większą liczbę ludzi, niż nawet najbardziej rozpity ojciec (albo matka – co to za stereotypy? 😉 )

Procentowa obsesja

Gdy mówię o obsesji na punkcie procentów, mam na myśli – nie wiem czy typowo polską, ale częstą w Polsce – obsesję na punkcie tego kto ile procent w kapitale zakładowym spółki będzie posiadał. I albo kończy się na tym, że dwóch obsesjonatów tworzy sobie więzienie, czyli spółkę z podziałem 50/50, w której w sytuacji kryzysowej nic nie będzie dało rady ustalić, albo w jakąś ułudę typu 95/05.

Oczywiście chodzi o obawę, że ten drugi (albo ci drudzy, bo może ich być więcej), będą chcieli zagarnąć majątek, położyć łapę na pomyśle, dorobku życia, czy po prostu tonami złomu i drukarką igłową do faktur. I powiedzmy sobie szczerze – to istotna rzecz, jednak o wiele istotniejsze niż to by spisać intercyzę przed ślubem z idiotą jest to, by nie tworzyć z idiotą małżeństwa 🙂 Bo nawet najlepsza intercyza nie uchroni przed zgubnymi skutkami takiego kroku. A schodząc z analogii – nie ma co pokładać nadziei w prawnych mechanizmach, trzeba najpierw zadbać o to, by zawiązywać spółkę z kimś godnym zaufania i uwagi.

Kupujemy Zdzisława!

Podam przykład. Gdy przed laty kupowałem udziały w jednej ze spółek (swoją drogą pasjonujące jest obserwować jest jak się rozwinęła i jak tempo jej rozwoju nieustannie przyspiesza), założyciel zaproponował mojej firmie połowę udziałów, twierdząc, że tak będzie uczciwie.

Uczciwie, czy nie – poprosiłem, by przespał się z tym zagadnieniem parę dni, bo dla mnie nie jest istotne to ile to będzie procent, tylko to, by po transakcji wciąż miał pełne przekonanie, że to jego firma i rozwija swój biznes. Zależało mi na tym, by nie powstał efekt kaca moralnego z powodu pozbycia się własnego dziecka i powierzenia go na dodatek w mocno podejrzane ręce.

Wspólnik przemyślał sprawę, wrócił na drugi dzień z korektą na swoją korzyść i na tym stanęło. Prawdopodobnie, gdyby była to pierwotna proporcja, firma nie przeszłaby takiej ścieżki rozwoju, jak to dziś można stwierdzić.

Ile procent Orlenu posiadasz?

No właśnie, ale to ważne ile procent kapitału zakładowego się ma, prawda…? No niby tak, ale dla większości z nas to naprawdę czczy parametr. Co innego jest bowiem ważne. Zilustrujmy to przykładem PKN Orlen SA, który jest notowany na warszawskiej giełdzie. O czym myślisz przede wszystkim w chwili zakupu i o czym w chwili sprzedaży?

W chwili zakupu prawdopodobnie o tym czy jest tanio. W chwili sprzedaży, w zależności od tego jak idzie, myślisz albo o tym czy wzrosło już wystarczająco, albo o tym dlaczego zdjąłeś stoploss wbrew założeniom i sprzedajesz dopiero teraz. Którykolwiek scenariusz obstawiłeś, nie myślisz o swoim udziale w kapitale zakładowym 🙂 No, chyba, że reprezentujesz inwestora branżowego, albo Skarb Państwa – i tylko tych graczy, bo przecież nie instytucjonalnego inwestora finansowego! Jego interesuje tylko i wyłącznie wzrost wartości akcji plus ewentualna dywidenda. I koniec 🙂

To oczywiście nie oznacza, że nie wolno patrzeć na firmę, w którą się inwestuje przez pryzmat liczby posiadanych udziałów… ale na pewno nie w takich proporocjach, jak to większość przedsiębiorców przyjęła.

Co na ten temat powie PayPal Mafia?

Gdyby w zarysowany wyżej sposób nie myśleli ludzie pokroju Elona Muska, nie byłoby dziś nie tylko Tesli, czy SpaceX-a, ale także PayPala, LinkedIna i całego mnóstwa, w zasadzie to tysięcy – firm. Opowiadałem o tym w poniższym webinarze:

Jak do tego podchodzi Bill Gates?

Ale żeby daleko nie szukać, spójrz na swój komputer. Z dużą pewnością masz na nim zainstalowanego Windowsa, zwanego też Windą. A nawet jeśli nie, to na pewno znasz Microsoft Billa Gatesa. Uwielbiany przez jednych, a znienawidzony przez drugich założyciel tej firmy w chwili gdy zostawał najbogatszym człowiekiem świata, miał… wiesz ile % akcji Microsoftu? 🙂

No, poguglaj, ja na razie nie powiem. Jednak jedno jest pewne – nie miał ich ponad 50%, ale równocześnie wciąż był największym akcjonariuszem i Prezesem. Dlaczego? Każdy wiedział, że sukcesy Microsoftu to zasługa Gatesa, który po prostu dobrze nim zarządza, więc nikomu się nie opłacało usuwać go ze stanowiska (czego zresztą najczęściej – co wyznają w rozmowach – obawiają się polscy założyciele). Powiem jeszcze prościej – nie opłacało, to znaczy że wartość akcji rosła, czyli majątek akcjonariuszy rósł.

Fajnie mówił o tym ostatnio w swoim podcaście Tomek Ciosek, mój Wspólnik z Pracowni Synergii:

To nie jedyna rzecz, której nauczył mnie…

Skąd to wiem? Co mnie skłoniło do takich przemyśleń? Jeśli mnie śledzisz, to pewnie już znasz odpowiedź. To jedna z rzeczy, setek rzeczy, których nauczył mnie dr Jeh Shyan Wong z daaaalekiego Singapuru. Jeśli chcesz poznać parę innych, to dzielę się nimi w tym szkoleniu:

Jeszcze a propos giełdy

A wracając jeszcze na moment, do samej giełdy, to to jest intrygujący z wielu powodów temat. Na tyle intrygujący, że postanowiłem zorganizować darmową konferencję, w której zaproszeni wspaniali prelegenci pochylą się wspólnie nad zagadnieniem Czy przedsiębiorca powinien inwestować na giełdzie? 🙂 Zapraszam, tym bardziej, że jest darmowa, a to u mnie rzadkość 😉 Rzuć okiem na stronę www.kursonline.org/gielda, albo na wideo na ten temat:

Wejdź do niezwykłego świata Macieja Gnyszki
i zobacz, jak 
robić networking w jego stylu!

Zapisz się na mój e-dziennik
Maciej Gnyszka Daily