Czasem jest tak, że coś jest „epickie”. Nie wiem dlaczego akurat tak utarło się w internecie określać rzeczy, które jak dotąd były po prostu „fajne”, ale zostawmy to. Dziś opowiem Wam dlaczego parking podziemny pod jedynym biurowcem Fostera w Warszawie jest miejscem epickim. Jedziemy.

Norman, Leszek, Staszek i Adam

Sir Norman Foster, to architekt, którego przedstawiać nie trzeba. No, albo przynajmniej – nie trzeba go przedstawiać absolwentom wydziałów architektury, albo choćby psychofanom współczesnej architektury w ogóle. Metropolitana każden jeden z obu tych zbiorowości obejrzeć musiał z samego faktu należenia do jednej z tych grup. Inaczej po prostu się nie godziło, skoro na naszej, polskiej ziemi znękanej architektonicznie płytą „Żerań” i stropami Teriva oraz sajdingiem, tudzież klynkierem wreszcie wzniósł swoje gmaszysko znane i lubione światowej architektury! No więc – ja poznałem Metropolitana najpierw z ciekawości co do Normana.
Następnie, poznałem go głębiej dzięki Leszkowi Czarneckiego i jego Noble Bankowi, którego byłem klientem. To właśnie tam odbyłem ostatnie spotkanie z mym private bankerem, po którym uznałem, że faktycznie najlepszy biznes robi się na sprzedawaniu nawozu w opakowaniu na kawior. Nie powiem, Plac Piłsudskiego z parteru Metropolitana, gdzie nobliści mają salkę konferencyjną, w której mój opiekun intensywnie kompromitował własną firmę wygląda imponująco.
Później długo nic i znów okazało się, że obchodzący w chwili gdy to piszę urodziny, Staszek – pracuje w firmie, która miała tam siedzibę. Już nie ma, ale parę razy miałem okazję go w Metropolitanie odwiedzić.
I na koniec Adam. Dzięki niemu i kierowanemu przez niego Pocztylionowi, który dołączył w tym roku do Towarzystw Biznesowych i przyczynił się do tegorocznej edycji konferencji Żyj w Obfitości – dzięki nim wszystkim poznałem Metropolitana najlepiej! I to właśnie dzięki nim poznałem dobrze, wręcz za dobrze – parking tego przybytku. Absolutnie epickie miejsce.

Pieczątka

Zacznijmy od tego, że choć można się spodziewać dużej elektronizacji parkingu w tak nowoczesnym budynku tak nowoczesnego projektanta… to tzw. walidacja biletu, czyli uczynienie go bezpłatnym ze względu na fakt bycia zapropszonym przez najemcę danego biura nie odbywa się przy pomocy jakiegoś magnetycznego ustrojstwa, albo innego czipa, lecz przy pomocy… pieczątki. Po prostu. Jakież to kaizenowe! Chyba Wojtek Suda, którego maglowałem ostatnio w Gnyszka Wyciska:

byłby dumny. Ileż pieniędzy i awarii uniknięto dzięki tej pieczątce, którą w razie awarii można zastąpić ziemniakiem 😉

Gotówka

Bywa jednak tak, że parkujesz w Metropolitanie, jednak spotkanie odbywasz gdzieś poza. Na przykład w kawiarni na dole, albo którejś z urokliwych knajpek na tyłach Teatru Narodowego. I co wtedy? Może Ci się nie chcieć jechać windą na górę po pieczątkę i decydujesz się na szybkie i sprawne zapłacenie za parking. Cena za godzinę postoju w tym nobliwym miejscu nie jest gigantyczna, a przynajmniej raz na kwartał można się szarpnąć. W końcu niech Foster, albo jego pogrobowcy też coś ze mnie mają.
No więc podjeżdżasz do automaciku przy wyjeździe, wysiadasz tanecznym krokiem zaparkowawszy albo na środku uliczki wyjazdowej, albo na miejscu dla niepełnosprawnego, bo w sumie gdzie indziej się nie da i podążasz tanecznym krokiem, ni to króla sawanny, ni to znowu alpaki hodowanej gdzieś w bieszczadzkich ostępach i… odkrywasz, że automat jest tylko na gotówkę. Cash only. Brzdęk, brzdęk, albo szelest, szelest. Żadnego funi-funi z kartą płatniczą, choćby była ze szczerego złota, albo i czarna, metalowa z Noble Banku.
No więc porzucasz swój rydwan, klniesz jak Wałęsa przy skoku przez płot i gnasz co sił w odnóżach do bankomatu na parterze. Wybiegasz na dziedziniec, tam kręci Ci się w mózgownicy jak chomikowi w kołowrotku, gdy przestanie biec przed siebie, ale odnajdujesz wreszcie oddział Dojczebanku, który możesz wesprzeć przy tej okazji jakimś skromnym interczendżem, czy inną prowizją od opłaty manipulacyjnej. Cudownie! Wunderbar! Masz już piniondz drukowany, lecisz do automaciku na dole.
Jeśli nie zapanujesz w międzyczasie nad wirującym na dziedzińcu mózgiem – możesz trochę pokluczyć zanim znajdziesz wyjście, z którego nadleciałeś, ale ja już mam wprawę. Zbiegasz, albo zjeżdżasz na dół, jest szansa że zejdziesz trochę inaczej, niż szedłeś, więc dolicz średnio 3 minuty na znalezienie automaciku i… i poznaj wysokie kryteria przyjmowanej gotowizny.

Wysokie kryteria

W sumie to nie wiem jakie one są, ale przy ostatniej wizycie pod automacikiem wsuwaliśmy wraz z Pawłem świeżutki banknot na każdy z 4 sposobów i to po parę razy… jednak automacik odmawiał przyjęcia pieniąchów! Wyobrażacie to sobie? 😀 Znałem już jednak panujące na metropolitańskim parkingu zwyczaje i zaordynowałem osobistą petycję do pana w kanciapce, by przyjąć raczył dary, którymi automacik pogardza.

Pan w kanciapce

Podjechaliśmy. Donieśliśmy na maszynę, że nie chce pieniędzy. Pan z kanciapki flegmatycznie stwierdził, że rzeczywiście dziś coś odwaliło automacikowi i on poprosi pinionszki. Wziął, wydał, szlaban otworzył. Nie wiem nawet, czy nie pomachał na do widzenia. I wiecie co? I ja w sumie się cieszę od tej pory, gdy widzę tych moich emerytowanych milicjantów, którzy pilnują mojego biurowego, paździerzowego podwórka, niczym czerwonoarmiejcy mauzoelum wodza rewolucji. Wjeżdża się szybko, wyjeżdża jeszcze szybciej, chyba że akurat przytnie jeden z drugim komarka w kanciapie, to wtedy trzeba iść i obudzić. Ale za to jakie żarty odchodzą, jaka przyjaźń między nami. To mi rekompensuje brak biurowca klasy AAAAA+++++. A Normana Fostera lubię i tak 😉

Wejdź do niezwykłego świata Macieja Gnyszki
i zobacz, jak 
robić networking w jego stylu!

Zapisz się na mój e-dziennik
Maciej Gnyszka Daily