Nadszedł ten dzień, gdy już wiem kiedy tomik moich wierszy pójdzie do druku. Tym dniem będzie najbliższa środa. Do tego dnia postanowiłem zdążyć z czymś… szalonym! Ale najpierw powiem Wam trochę o co w ogóle chodzi z tymi wierszami 🙂 Bo od tej strony to Wy mnie nie znacie w ogóle.

Architektura

Jak pewnie niektórzy wiedzą, w przedszkolu już planowałem wybrać się na wydział architektury na studia. Nie była to jednak jedyna moja aspiracja, bo im bardziej poznawałem świat, tym coraz więcej rzeczy mnie interesowało i przyciągało. Nie wiem, czy przez jakiś czas planowałem być wszystkim, jak to teraz czynią moi Synowie (tak barwnie opisani poprzez anegdoty w 109 powodach by mieć dzieci), ale na pewno byłem blisko 😉

Renesans

W pewnym momencie, poznałem pierwotne znaczenie słowa humanista. Jako, że najpierw kojarzyło mi się z półgłówkami, którzy brak umiejętności liczenia pudrowali rzekomymi uzdolnieniami humanistycznymi, które rzekomo stoją w sprzeczności z wszelkimi innymi, to w zasadzie bardzo się ucieszyłem. A ucieszyłem się, bo odnalazłem siebie w tym określeniu. Czytając książkę o Leonardzie Da Vincim – biorąc pod uwagę oczywiście wszelkie proporcje – ucieszyłem się, że myślimy o dziedzinach wiedzy podobnie. Zyskałem dzięki niemu pewność, że nie jestem wariatem, który łączy sprzeczności i że z drugiej strony – nie staram się złapać wszystkich srok za ogon, co podobno jest złe.

W ten sposób od pewnego czasu co roku zostawałem najlepszym uczniem szkoły rzeczywiście fascynując się nauczanymi przedmiotami, a nie tylko zbierając oceny. A gdy – w miarę szybko – zostałem podopiecznym, a potem stypendystą Krajowego Funduszu na rzecz Dzieci i jako dziecko w zasadzie trafiłem pod skrzydła pedagogów, którzy na co dzień koordynują doktoraty i wysiłki studentów… zachłysnąłem się profesjonalnym światem sztuk i nauk.

Od matematyki do literatury

By to zobrazować, warto powiedzieć, że do liceum – zresztą jednego z najlepszych w Polsce jeśli chodzi o nauki ścisłe – szedłem jako czempion olimpiady matematycznej, a wychodziłem jako pierwszy w historii laureat OLiJP – Olimpiady Literatury i Języka Polskiego 😀

Pierwsze, pierwsze wiersze

No i jakoś w liceum przypadł – dotychczasowy! – szczyt mojej artystycznej działalności. Malarstwo z jednej, literatura z drugiej strony. Malowałem od małego i z biegiem czasu tylko poszerzałem paletę środków wyrazu, tematykę, etc. – o pisaniu marzyłem zawsze, bo jednak pisarze zwykle poważnie wyglądali na portretach i pomnikach, pierwsze powieści próbowałem tworzyć niedługo po tym, gdy opanowałem sztukę pisania, jednak bez wielkich rezultatów i własnej satysfakcji 😉

Wtedy, w liceum – pewnie pod wpływem pierwszych zauroczeń – sięgnąłem po eksperyment w kierunku formy, którą dotąd postrzegałem jako zniewieściałą, czyli poezję.

To było o tyle ciekawe, że choć pasjami poznawałem staropolską, międzywojenną i powojenną prozę, a z niej chętnie epistolografię i diarystykę, to mało kiedy interesowała mnie poezja. Oczywiście, spodobał mi się Różewicz, turpistyczne wygłupy Rymkiewicza, czy wcześniej Grochowiaka, albo jakieś pojedyncze wiersze Skamandrytów… jednak proporcje wchłaniania proza vs. poezja to było 99:1. Za to proporcja nadawania nie tylko odwrotnie, co nawet 0:100.

W zasadzie interesowała mnie tylko moja poezja i poezja kolegów, z którymi stworzyłem Grupę Poetycką SKAFANDER (kto wie, ten wie). Zupełnie inaczej niż w przypadku koleżanek i kolegów poetów ze wspomnianego już Funduszu. Zawsze miałem wrażenie, że wielu z nich chłonie poezję, by później ją odtwarzać. Ja z kolei raz na jakiś czas sobie siadłem i coś napisałem, rzadko kiedy cokolwiek później zmieniając – jeśli już, to w trakcie pisania, a potem koniec.

Co najlepsze, w miarę jak je różnym ludziom pokazywałem, w tym takim tuzom, jak Stefan Chwin, Julia Hartwig, czy dr Tomasz Wroczyński, nie mówiąc już o bezimiennych dla szerokich kół odbiorcom, których zdanie sobie cenię…okazywało się, że jest dla kogo pisać, a niektórzy nawet mówią o czymś na kształt zachwytu. Miło.

Początkiem końca jednak było poznanie Oleńki w wakacje 2004 r. Od tej pory wiersze rodziły się rzadko, ostatni wyplułem między 2005 a 2006 rokiem, a od poznania przyszłej Żony powstało ich raptem kilka, podczas gdy do tego czasu w ciągu kilku lat napisałem ich prawie ponad 50.

Drugie pierwsze wiersze

Wraz z poznaniem przyszłej Żony skończyła się liryka, a zaczęła proza podwójnych studiów i dążenia do tego, by je zakończyć, odpalić przedsięwzięcia, które przychodzą do głowy i założyć rodzinę. Pamięć o własnej twórczości została trochę przysypana przez mijający czas. Przypomniałem sobie o nich przed rokiem, gdy podczas pierwszej wizyty w Pałacu w Cieleśnicy – zakochawszy się w tym miejscu na zabój – zobaczyłem w bibliotece sporo białych kruków i pozycji świadczących nie tylko o guście, ale i literackim wyrobieniu gospodarzy.

Nie wiem jak to się stało, ale wysłałem Basi Chwesiuk – pani na Cieleśnicy – swoje wiersze, a ona przyjęła je nie tylko z życzliwością, co z entuzjazmem. Po raz pierwszy zacząłem się zastanawiać, czy by ich jednak nie pokazać jeszcze szerszej publiczności, niż dotychczas. Na wszelki wypadek poprosiłem Andrzeja – ich czytelnika z czasów, gdy powstawały – o ich spisanie na wszelki wypadek.

Jakiś czas później do nich wróciłem, by sprawdzić, czy nie umrę ze śmiechu podczas lektury. Hmm… nie tylko nie umarłem, więcej – wciąż mi się podobają! Niektóre mnie rozśmieszyły, przy kilku poleciała łza, jeszcze inne zadziwiły pomysłowością i gdyby nie były moje, to koniecznie chciałbym poznać ich autora! Wysłałem je też paru współcześniejszym znajomym… reakcje były podobne. Hmmm… zacząłem nabierać przekonania, że z tym wydaniem to faktycznie trzeba by na poważnie.

Przyspieszenie…

No i stało się. Najpierw pogadałem z Lidią, potem z Iwoną, do której mnie skierowała (obie są warszawskimi wymiataczkami jeśli chodzi o druk w ramach Towarzystw Biznesowych)… później jeszcze z Przemkiem, który był moim pierwszym skojarzeniem, jeśli chodzi o ilustracje. Później znów z Iwoną, już konkretniej jeśli chodzi o parametry wydania, później z Jej zespołem… tak powstała pierwsza wersja przedmowy:

a teraz z kolei jeszcze z dwoma wspaniałymi aktorami, bo wpadł mi do głowy pomysł, najpierw prześmiewczo (lubię drzeć łacha z samego siebie), później na serio – by zorganizować wieczorek poetycki!

Skoro wieczorek, to na poważnie, niech ktoś poczyta te moje wiersze i coś w nich odnajdzie 🙂 Na razie nie podaję nazwisk, bo mimo pierwszego entuzjazmu czekam jednak na oficjalne potwierdzenie akcesu obu panów!

Jak więc widzicie, akcja robi się szeroko zakrojona i będzie się składała z:

  • 200 egzemplarzy wydania papierowego,
  • e-booka,
  • profesjonalnego wieczorka autorskiego.

Już zacząłem biedzić się o środki na to wszystko, gdy przyszedł mi do głowy pomysł – poza zwyczajową przedsprzedażą, którą organizowałem na każdą wydaną jak dotąd przez siebie książkę. Tomik i całe to szalone przedsięwzięcie może mieć przecież swoich mecenasów, Watsonie 🙂 By lepiej wiedzieć, o czym mowa, opublikowałem jeden z wierszy:

Tak oto uwierzyłem, że ktoś może chcieć widnieć na kartach tomiku jako mecenas jego wydania 😀

Najpierw się z tego śmiałem, ale potem naprawdę uwierzyłem. Nigdy nie miałem okazji wystąpić w takiej roli wobec żadnego mojego znajomego poety… ale w sumie, gdybym miał możliwość, czyli był poproszony, to dlaczego nie? Dlaczego by nie pomóc spełnić komuś artystyczne sny? Kurka, hold my piwo for a while…

Bądź moim mecenasem!

Tak oto ogłaszam przetarg nieograniczony na Mecenasów tomiku wierszy pt. Pierwsze wiersze. Do wygrania nie ma absolutnie nic poza przynależnością do tego ekskluzywnego grona. Nie wróżę wzrostu sprzedaży, ani rozpoznawalności nazwiska Mecenasa. Nie wróżę także szerokiego dotarcia do jakiegokolwiek targetu, bo nie wiem kim będzie owych 200 straceńców, do których trafi tomik. I nie wiem, czy będą konsumować te egzemplarze w ciągu najbliższego miesiąca, czy też ostatnie sztuki będę na emeryturze oddawał pielęgniarkom w Ciechocinku w zamian za dostarczenie porządnego espresso.

Jedno wiem na pewno – będę Ci wdzięczny i zapamiętam jako wspólnika w tym specyficznym, artystycznym jednak szaleństwie 🙂 WAŻNE – Mecenasa szukam do czwartku, 29 listopada do godz. 22:00, by móc jeszcze w pliku do druku zamieścić podziękowania.

Wymyśliłem takie pakiety, ale jeśli marzysz o innym, spersonalizowanym, to napisz, ino szybko 🙂

Mecenas Szczerozłoty

Taki może być tylko jeden 🙂 Uiszcza on 5 000 zł na rzecz wydania i promocji tomiku, następnie przyjmuje i z dumą nosi tytuł Mecenasa Szczerozłotego, który obwieszczony jest na kartach owego wydawnictwa, otrzymuje ode mnie egzemplarz nr 003 z podziękowaniem (poprzednie egzemplarze otrzymają Rodzice i Żona) i jest zaproszony na Wieczór Autorski, gdzie siedzi w pierwszym rzędzie.

Celem uiszczenia owej kwoty, zapraszam kandydata pod TEN LINK.

Mecenas Karmazynowy

Takich mecenasów może być tylko dwóch. Uiszczają oni kwotę 2 000 zł na rzecz wydania i promocji tomiku. Noszą barwę karmazynową zamiast złotej, a trafią do nich egzemplarze o numerach od 004 do 005. Są oczywiście zaproszeni na Wieczór Autorski, gdzie siedzą w pierwszym rzędzie.

Celem uiszczenia owej kwoty, zapraszam kandydatów pod TEN LINK.

Mecenas Jaspisowy

Takich mecenasów może być tylko trzech. Uiszczają oni kwotę 1 000 zł na rzecz wydania i promocji tomiku. Noszą barwę jaspisu zamiast karmazynu, a trafiają do nich egzemplarze o numerach od 006 do 008. Są oczywiście zaproszeni na Wieczór Autorski, gdzie siedzą w dobrych miejscach 🙂

Celem uiszczenia owej kwoty, zapraszam kandydatów pod TEN LINK.

Mecenas Żeliwny

Takich mecenasów może być tylko dziesięciu. Uiszczają oni kwotę 250 zł na rzecz wydania i promocji tomiku. Noszą barwę żeliwa zamiast jaspisu, a trafiają do nich egzemplarze o numerach od 009 do 018. Są oczywiście zaproszeni na Wieczór Autorski, gdzie siedzą w dobrych miejscach 🙂

Celem uiszczenia owej kwoty, zapraszam kandydatów pod TEN LINK.

Wejdź do niezwykłego świata Macieja Gnyszki
i zobacz, jak 
robić networking w jego stylu!

Zapisz się na mój e-dziennik
Maciej Gnyszka Daily