Coroczne wybijanie medialnych studzienek kanalizacyjnych z okazji kolejnej rocznicy Powstania Warszawskiego staje się tradycją. Gdybym chciał być jego częścią, napisałbym coś 1 sierpnia. Jednak w związku z tym, że moja refleksja ma bardziej ogólny charakter – piszę dziś. I nie ma to związku tylko z narodem, czy nawet państwem – równie dobrze może mieć analogiczny związek z Twoim zespołem i firmą.

Co świętować?

Zacznijmy od tego, że określenie świętować nie jest do końca adekwatne do dylematu, o którym mowa. Uważam, że lepszym słowem jest tu celebrować. Celebrować, czyli poddawać celebrze, upamiętnieniu, przemyśleniu, etc. Też tak to czujecie?

sport-1043190_640

Jeśli na to się zgodzimy, chyba łatwiej przyjąć radę, by celebrować porażki. No dobra, tylko deczko łatwiej, ale jednak. Wtedy stwierdzimy, że o ile celebrować warto porażki i sukcesy, to świętować już tylko sukcesy.

Te – mętne być może – rozważanka, to próba pogodzenia terminologicznego dwóch stron wielkiego historycznego sporu. Jedni – tu akurat Rafał Ziemkiewicz zgadza się z Gazetą Wyborczą – twierdzą, że nie należy świętować porażek, a w polskiej pamięci jest zbyt wiele cierpiętnictwa (oczywiście zaraz po tym drogi Ziemkiewicza i organu Michnika się rozchodzą, bo ci drudzy wyciągają stąd wniosek, że w ogóle to Polacy są świniami nie lepszymi od swoich oprawców). Zgódźmy się z tym pierwszym i powiedzmy, że faktycznie świętować porażek nie należy, jednak pewna forma ich celebracji jest potrzebna. Drudzy z kolei mówią mniej więcej, że jako jedni z niewielu wycierpieliśmy się od naszych sąsiadów wiele i na wielką skalę, a mimo to zachowaliśmy się jak trzeba – i to właśnie zachowanie się jak należy, trzeba świętować i przypominać. Stąd ich natarczywa skłonność do rozpamiętywania własnych porażek i niejako – chwalenia się nimi.

Spór

W ostatnich czasach – na przykładzie Powstania Warszawskiego choćby – jeszcze bardziej rozgorzał spór. Najpierw o Powstaniu nie mówiono w ogóle. Później, jeszcze w PRLu i bardziej w kraju, rozwinął się wątek mówienia o Powstaniu bardziej w duchu narracji gloria victis, podczas gdy na emigracji oceniano to wydarzenie bardziej krytycznie. Dopiero w ostatnich latach to drugie spojrzenie nabrało wigoru, głównie za sprawą książki Piotra Zychowicza, która moim zdaniem powinna się znaleźć w biblioteczce nawet zwolennika i piewcy Powstania:

Przekroczyliśmy Rubikon – Zychowicz porównał Powstanie do zbiorowego obłędu i poszło na noże. Oba obozy się zwarły i wykopały głębszy rów między sobą, a Szczepan Twardoch napisał, że wkurza go iż polska historiografia, to głównie

(…) obnoszenie zbitej dupy na sztandarze.

jeśli dobrze cytuję.

Złota reguła

Jest taka reguła, którą chyba uznałbym za złotą. Mówi ona, by…

Jedno robić, a drugiego nie zaniedbywać.

Nie wiem, kto jest jej twórcą, ale moim zdaniem był to przenikliwy człowiek. Choć bardzo lubię tę zasadę, dopiero ostatnio rozmowa z pewnym Tomkiem, otworzyła mi oczy na to, jak dobre zastosowanie odnajduje ona w dyskusji na temat Powstania i w ogóle historii Polski, ale i każdej zbiorowości (w tym Twojego zespołu, Przedsiębiorco!).

Dlatego twierdzę, że powinniśmy celebrować klęski i świętować porażki!

Sukcesy

Doszliśmy z Tomkiem do wniosku, że spoiwem dla ludzkich zbiorowści są nie tylko sukcesy – w przypadku Polski mamy w czym przebierać, choćby nas Gazeta Wyborcza przekonywała godzinami, że polskość to dziadostwo i pasmo porażek. W czasach jagiellońskich byliśmy mocarstwem, przed i po tym okresie również mieliśmy mnóstwo okazji do trwałego zapisania się w historii świata. Nie odstajemy tu od reszty państw świata, a nawet jesteśmy w elitarnym klubie takich narodów, które świat zadziwiały! I powinniśmy to wszystko świętować, w czym mamy pewne zapóźnienia i zaniedbania, w czym zgadzam się z Rafałem Ziemkiewiczem.

Porażki

Jednak nie tylko sukcesy spajają ludzi! Czyż nie na micie Holokaustu zbudował swoją tożsamość Izrael? Czyż wielu tych samych, którzy drżą na myśl o noszeniu powstańczych opasek, nie przypina – nawet w telewizji – żółtych tulipanów, by uczcić bohaterów Powstania w Gettcie? Oczywiście! Co więcej – pamięć Izraela to w ogóle majstersztyk. Jak dowiaduję się z ostatniego wywiadu z Szewachem Weissem w nieocenionym Plusie Minusie sprzed bodaj weekendu – by nie przegrzać zbytnio z martyrologią, władze powstającego państwa postanowiły na równi z opłakiwaniem ofiar, postawić na chwalenie bohaterów, by i nić pozytywnej refleksji żyła w narodzie. Zobaczcie jak bardzo im się to udało – skoro nawet polscy dziennikarze więcej mają atencji dla wychwalania bohaterów getta, niż herosów godziny „W”.

Wspólnie odniesiona porażka, wobec której zachowaliśmy się przyzwoicie to równie mocne spoiwo jak wspólny sukces. Wie o tym każdy szef i znajduje w ciągu roku nie tylko czas na szampana z okazji kolejnego sukcesu, ale i poważną refleksję na temat porażki. Nie tylko jej rzeczową analizę, ale i po prostu przeżycie, by nie powiedzieć – opłakanie.

Psychologia

Nie będę w błędzie, jeśli powiem, że właśnie po to w każdej kulturze jest instytucja żałoby i uroczystości rocznicowych z nią związanych, by właśnie przepracować smutne wydarzenie z przeszłości i czerpać z niego siłę. Równocześnie – nie znam psychologa, który twierdziłby, że żałoba to przeżytek i warto się skupić raczej na flaszce, a porażkę, czy śmierć przepracować powiedzeniem chluśniem, bo uśniem. Po prostu tego potrzebujemy. Jako naród. Jako rodziny. Jako firmy. Jako ludzie.

Dlatego – choć ostrej diagnozy Zychowicza nie podzielam – cieszę się, że książki takie jak jego powstają, podobnie jak cieszy mnie pomnikowe dzieło Władysława Bartoszewskiego. I ono także – moim zdaniem – powinno znaleźć się w każdej biblioteczce.

Jeśli jeszcze nie macie, najwyższa pora.

A gdy już się zaczytacie w racjach jednych i drugich dyskutantów… zaplanujcie na przyszły rok grube świętowanie Powstania Warszawskiego. U mnie od paru lat flaga wisi przez cały okres rocznicy walk… i nie tylko 🙂 I celebrujmy to moralne zwycięstwo, albo obłęd, jakby inni powiedzieli jeszcze huczniej i jeszcze mocniej, zadziwiając wszystkich. Niech filmy takie jak ten poniżej mówią na świecie: Polacy to jednak oryginalny naród. Jak wygrywają, to z pieśnią na ustach i bez pardonu. Jak ponoszą klęskę, to też robią to pięknie!

P.S. czyli Gang Olsena

Mała rada dla przedsiębiorców. Celebrujcie porażki, ale nie róbcie z tego samobiczowania. Parę lat temu – w wyniku licznych porażek – zacząłem nazywać swój zespół Gangiem Olsena. Dla niewtajemniczonych i nie znających serialu – Gang Olsena, to idealny przykład kilku podstarzałych nieudaczników, którzy postanowili być poważnymi przestępcami, ale im nie wyszło i bardziej stworzyli kabaret. Trochę mnie to nawet bawiło, jednak zespół dostrzegł ryzyko zbytniego uwewnętrznienia tego określenia. Trafił do mnie zwrotny komunikat o tym, że zaczynają się czuć Gangiem Olsena i chyba pora – nie zapominając o porażkach – zacząć myśleć o sobie lepiej. Tak powstało określenie Przecinaki. Teraz, od paru już lat, choć jesteśmy Przecinakami, z radością i dumą niejako wspominamy swoje grube porażki. Jako przestrogę, ale i jako formę powiedzenia sobie:

Chłopaki, jesteśmy takimi maksymalistami, że jak toniemy, to na samo dno. Ale przynajmniej z uśmiechem. A potem i tak się odbijamy… i prędzej czy później przychodzi sukces.

Powodzenia!

P.P.S. A jeśli chodzi o świętowanie sukcesów, to nie wyobrażam sobie, że w Waszych kalendarzach nie będzie miejsca na tegoroczną Noc Wolności. Zapiszcie się na newsletter na www.NocWolnosci.pl, by nie ominąć otwarcia zapisów! 🙂 

Wejdź do niezwykłego świata Macieja Gnyszki
i zobacz, jak 
robić networking w jego stylu!

Zapisz się na mój e-dziennik
Maciej Gnyszka Daily