Siedzę sobie dziś nad gazetą. Jak zwykle weekendowa Rzeczpospolita wciąga z mocą najlepszego odkurzacza. Tu reportaż o Ceausescu i jego żonie na podstawie najnowszej książki na ten temat (chodzi o Ceausescu. Piekło na ziemi), tam wywiad z podlaskim rzeźbiarzem, który przypomina mi czasy, gdy jeździłem na pleneru malarskie i oddychałem sztuką… a tu nagle tekst o pewnej wyjątkowej książce, którą za chwilę zamówię.

Marcin Kwaśny i Pani Kolbowa

Choć o matce św. Maksymiliana Kolbego słyszałem już wcześniej (o tym dlaczego słyszałem dowiesz się z mojego wpisu pt. Parę słów o Hardkorowym Maksiu), to jednak na nowo zacząłem o niej myśleć i o jej doświadczeniu, po rozmowie z Marcinem Kwaśnym. Marcin opowiedział mi o spektaklu, który chce wyreżyserować na jesieni tego roku (mam nadzieję, że udało się znaleźć finansowanie, w czym starałem się pomóc), a o którym jest mowa również na naszym wspólnym debiucie filmowym:

Mowa o spektaklu, Mój syn, Maksymilian, którego scenariusz powstał w oparciu o listy, które pisali do siebie Marianna Kolbe i św. Maksymilian. Listy syna do matki. Czy raczej Syna do Matki, bo oboje bardzo przypominają przecież największe wzory jakie można sobie wyobrazić – Maryję i Chrystusa.

Twarda kobieta

Marianna Kolbe (swoją drogą, to ciekawe, że dzieli imię z inną matką męczennika, Marianną Popiełuszko) – na tyle, na ile ja sam ją poznałem z listów Maksymiliana do niej samej, a także z biografii świętego – to arcytwarda kobieta. Nie tylko dlatego, że matka rodziny większej niż mąż i kot (wszystkie mamy, a szczególnie mamy mające samych synów w tej chwili kiwają głowami ze zrozumieniem), nie tylko dlatego że straciła męża, ani nawet dlatego że straciła najstarszych synów… przede wszystkim dlatego, że była w stanie opanować krnąbrny charakter małego Rajmunda (przyszłego Maksymiliana) i z tak rzutkiego materiału wychować tak cierpliwego, choć nieustępliwego człowieka.

marianna

Niezgoda na to, co się stało?

To tym ciekawsza osoba, że dzięki niej dowiedzieliśmy się co spowodowało, że mały Rajmund postanowił zostać świętym i przestał łobuzować (wizja Matki Bożej z dwiema koronami). Jednak nie tylko z cudownościami powinna się kojarzyć, ale także z bardzo ludzkim odruchem matki, która na wieść o śmierci syna, który poświęcił życie dla Niepokalanej, miała mieć z początku żal, że owa Niepokalana nie uchroniła go przed cierpieniem. O czym ja mówię! Cierpieniem? Czy konanie z głodu przez dwa tygodnie pośród prawie 10 innych skazańców na niewielkiej powierzchni bunkra głodowego, do którego poszło się na własną prośbę, to cierpienie? Nie znam odpowiedniego słowa, natomiast rozumiem odruch Marianny Kolbe. I jestem pod jeszcze większym wrażeniem, że szybko dostrzegła nadprzyrodzony sens tej śmierci, choć nie dane jej było dożyć kanonizacji syna.

Łza nad gazetą

Ciężko opisać emocje, które towarzyszyły mi dziś nad Rzepą, gdy zobaczyłem zdjęcie Maksymiliana w otoczeniu dwóch braci w klasztorze Nagasaki z okresu, gdy dopiero się budował. Wyobraziłem sobie co musiała czuć Marianna Kolbe, gdy patrzyła na to zdjęcie, gdy jeszcze świeże nadeszło pocztą z Japonii… duma i zdziwienie, że to wszystko możliwe… i pomyślałem sobie, co myślała patrząc na nie po wojnie, gdy wieść o tym co wydarzyło się na przełomie lipca i sierpnia 1941 r. w Oświęcimiu zaczynała zataczać coraz szersze kręgi. Wtedy, gdy o tym pomyślałem, przypomniała mi się kłamliwa piosenka o tym, że chłopaki nie płaczą.

Lećcie

Książka pt. Matka męczennika, której fragment był w gazecie, jest już w wielu księgarniach, dopiero co weszła do obiegu. Bierzcie swój egzemplarz, jako i ja biorę. Nazwisko autorki, nie tylko nazwisko bohaterki, gwarantuje świetną lekturę:

Wejdź do niezwykłego świata Macieja Gnyszki
i zobacz, jak 
robić networking w jego stylu!

Zapisz się na mój e-dziennik
Maciej Gnyszka Daily