Teraz opowiem Wam o najlepszym hotelu, w którym miałem okazję z Rodziną być. Wbrew pozorom to nie ustecki Lubicz zasłużył na to miano, tylko… no właśnie. Kto zgadnie już teraz?

To było latem

Postanowiłem w zeszłym roku uczynić coś szalonego. Ale to tak szalonego jak niemal pójście do psiej budy będąc kurczakiem, albo spacer Krakowskim Przedmieściem wieczorem 10 kwietnia będąc Tuskiem. Dobra, analogie idą mi w złą stronę, więc powiem tak – nie jestem wielkim entuzjastą jeżdżenia po świecie jak kot z pęcherzem, albo puchacz z latarką, dlatego zeszłoroczny plan porzucenia Ustki na rzecz Kołobrzegu sam w sobie był ekstrawagancją. Idźmy jednak dalej! Na tym nie skończyłem, bo plan zakładał także wyjechanie na ścianę wschodnią, gdzie kilka dni w Lublinie zapoczątkowało intensywną przygodę z lubelszczyzną, zakończoną później grubym melanżem na łonie natury we wsi Dąbrówka między Lublynem a Lubartowem, a miesiąc później wbitkę do Pałacu w Cieleśnicy (chyba, że coś mi się miesza i byliśmy tam później). Tak, czy inaczej – sami przyznacie, że jak na człowieka, który w testach osobowości przy skłonności do podróżowania ma zwykle wynik między 0 a 1 w skali od 0 do 10, to były naprawdę przebojowe wakacje.

Szukając w Lublinie lokalizacji godnej moich Dziedziców i Żony, nie mogłem wybrać nic innego niż… na razie nie zdradzę. Powiem jednak, że hotel ma pięć gwiazdek (słownie: *****) i spotyka się w nim Towarzystwo Biznesowe Lubelskie. A gdy hotel stwierdził na dodatek, że takich gości podejmie na specjalnych warunkach, moje dobre nastawienie tylko wyleciało w kosmos niczym Falcon X.

Konsjerż po raz pierwszy

Długo krążyliśmy wokół Krakowskiego Przedmieścia i Grodzkiej, by wreszcie znaleźć miejsce postojowe obok liceum ekonomicznego. Zostawiliśmy bagaże w naszym rydwanie biznesu, networkingu i wielodzietności i udaliśmy się najduższymi schodami w Lublinie do Hotelu. Intencję miałem taką, by obsadzić familię w pokoju, a samemu ogarnąć parking i rozładunek tobołów. Jakież było moje zdziwienie, gdy w trakcie logowania do hotelu, konsjerż spytał mnie gdzie zaparkowałem, bo chętnie by przyprowadził samochód na parking. Nieśmiało wręczyłem kluczyki i rozpocząłem proces tłumaczenia gdzie konkretnie stoi Gnyszkowóz 🙂 Jakież było moje zdziwinie, gdy Pan Konsjerż mi przerwał i mówi:

– Znajdę, nie ma problemu.
– Ale skąd Pan będzie wiedział który nasz?
– Będę szedł ulicą i klikał przycisk na kluczyku. Któryś się przecież otworzy.

Genialne, prawda? 🙂

Konsjerż po raz drugi

Pod koniec tego dnia, gdy już z pomocą obsługi przeniosłem graty do apartamentu (gigantyczny dwupokojowy apartament z kominkiem), spotkałem konsjerża w windzie. Zanim jednak opowiem dalej, pokażę Wam kominek:

Zgadnijcie co oglądają #TheGnyszkas i dlaczego są tacy grzeczni 🙂

Post udostępniony przez  Maciej Gnyszka (@maciejgnyszka)

 

Młody chłopak. Jako, że dumny jestem z silnika swojego Avensisa i przyspieszenia, jakie osiąga, zagadnąłem:

– Poczuł Pan kopa w moim Avenie?
– Hmm… prawdę mówiąc, to nie za bardzo.
– Ekhm… no, ale wie Pan, to jest diesel i nieźle ciągnie, powiem Panu.
– No tak, wie Pan, źle nie było, ale ja to mam spaczony punkt odniesienia, jak odprowadzam gościom Porsche i Ferrari, to później tak jest. Ale fakt, źle nie było.

Dojechaliśmy na moje piętro.

– No, to do widzenia – zmieszany i roześmiany w duchu powiedziałem.
– Do widzenia – z profesjonalnym uśmiechem powiedział Pan Konsjerż.

Gnyszka, Ty to umiesz zrobić z siebie bałwana, jak nikt inny – powiedziałem do siebie.
Każdy ma w życiu jakieś talenty, Gnyszko – odpowiedziałem sobie.

Historia dalsza

W hotelu uderza to, że historia Lublina jest w nim wręcz namacalna. Co mam na myśli? Choć z zewnątrz niepozorny, to jednak w środku robi wrażenie ogrom pracy konserwatorskiej wykonanej przez małżeństwo Stachowiczów – właścicieli. Wyobraźcie sobie, że dokopali się nawet do jednej z furt miejskich, bo w pewnej warstwie w głąb, ściana hotelu styka się z obrębem murów miejskich! Wszystko to nie tylko świetnie odkryte i zachowane, ale i wyeksponowane. Nie dziwne, że za taką robotę hotel co roku obsypywany jest wyróżnieniami w tej dziedzinie. Jako człowieka z literkami mgr inż. arch. przed nazwiskiem, robiło to na mnie przemiłe wrażenie. A jako na zwykłym zjadaczu chleba robiło jeszcze lepsze – nie muszę ruszać się z hotelu, by obejrzeć oryginalne, średniowieczne i renesansowe ściany, wykopane naczynia gliniane i kształtki ceramiczne, eksponowane w gablotach. Spokojnie można sobie odpuścić dzięki temu wizytę w muzeum miejskim 😉

Historia bliższa

Na tym jednak nie koniec. Każdy pokój i apartament nawiązuje do którejś z epok, w których Lublin rósł w siłę. Nie ma to jak kontemplować podczas porannego prysznica przedwojenne Krakowskie Przedmieście w postaci gigantycznej fotografii reprodukowanej na całej ścianie łazienki… Przyglądać się poszczególnym postaciom podczas mycia zębów, albo podziwiać żeliwne balustrady balkonów podczas mniej szlachetnych, acz koniecznych czynności. Jednym słowem – jesteś na wakacjach i chłoniesz historię na sto sposobów.

Kuchnia

Kolejny sposób chłonięcia historii, to kuchnia. Oczywiście nie jest tak, że w karcie dostępne są tylko tradycyjne dania kuchni żydowskiej, bo restauracja Alter Ego to po prostu autorska kuchnia i prawdopodobnie również najlepsza w Lublinie, natomiast drobny szczegół przykuł moją uwagę. Jednym z przysmaków na słodko, który można znaleźć na stole szwedzkim podczas śniadania jest… chałka podsmażana w białku jajka z cukrem.

Poza tym po prostu trzeba powiedzieć, że nie tylko kawa dobra i dobrze podawana, to jeszcze faktycznie potrawy obiadowe – choć nie tanie (zresztą innych nie należy się spodziewać w najlepszym hotelu w mieście, umówmy się!), to wyjątkowe. Zarówno co do koncepcji, wykonania, jak i oczywiście podania.

Konsjerż po raz trzeci

Biznes to ludzie. W biznesie hotelowym, a szczególnie w biznesie hotelowym premium – tym bardziej. Pana Konsjerża już poznaliście, ale teraz opowiem Wam coś, co stanowi kwintesencję tej roli i było dla mnie unikalnym doświadczeniem zobaczyć taki poziom. Przyjechawszy do hotelu zdeponowałem w kuchni parę naszych artykułów – mąkę orkiszową, mleko ryżowe, coś jeszcze. Jednego dnia podszedł do mnie Pan Konjerż i rzecze:

Przepraszam, ale zwróciłem uwagę w kuchni na to, że kończy się mleko ryżowe, czy nie potrzebowaliby Państwo, żeby dokupić?

Jeśli wyobrażacie sobie oczy wielkie jak spodki, to właśnie takie miałem. Ale nie spodki do kawy, tylko spodki latające. UFO 😀 Skorzystałem z okazji, by przetestować sprawność Pana Konsjerża i wrzuciłem mu do kupienia jeszcze dwie rzadkie rzeczy z apteki. Po godzinie był z powrotem. Wracał tanecznym krokiem z torbą pełną kartonów z mlekiem ryżowym. Jak się okazało, miał wszystko, łącznie z rzeczami aptecznymi. Tego drugiego szczególnie byłem ciekaw i spytałem, czy nie było problemów. Odpowiedział z szelmowskim uśmiechem:

Spytałem o ten specyfik w dość popularnej aptece i nie mieli. Od razu wiedziałem, że muszę podjechać do innej, z którą współpracujemy, taką w której jest wszystko, zawsze, czego nigdzie indziej nie ma w Lublinie.

Po prostu wow. Nie muszę martwić się o nic. Koszt zakupów, bez ani złotówki kosztów fatygi został doliczony do rachunku końcowego. Powiedzieć, że Pan Konsjerż stanął znów na wysokości zadania, to w zasadzie nic nie powiedzieć.

Obsługa

Reszta obsługi nie jest gorsza, poczynając od pań sprzątających, na zespole kelnerskim kończąc. Ten ostatni szczególnie nas zaskoczył, gdy podczas któregoś ze śniadań, nasi chłopcy nie byli zbytnio zajęci konsumpcją darów Bożych, tylko pajacowaniem, sama z siebie podeszła Pani Kelnerka z pytaniem do Antosia, czy dobrze słyszała, że chciałby ciężarówę. Kolega Gnyszka Antoni się zapowietrzył, ale marzenie potwierdził. Po trzech minutach pani przyniosła zabawkowego tira, a nawet dwa – by chłopcy mieli czym jeździć w oczekiwaniu na naleśniki orkiszowe.

Wyglądało to tak:

Można być reaktywnym, a można być proaktywnym. Ale najwyższa forma proaktywności, to po prostu życzliwa empatia. I takiej atmosfery doświadczyliśmy.

Spokój

Przedostatniego dnia pobytu zrobiłem lajwa z Darkiem, dyrektorem operacyjnym hotelu. Gdy spytałem go co jest najważniejszą potrzebą gości jego hotelu, odpowiedział krótko:

Spokój. Naszym celem jest sprawić, by gość – a pracujemy głównie z gośćmi biznesowymi – nie musiał się martwić o nic. Ale to kompletnie o NIC.

Choć Gnyszka z Gnyszątkami i Gnyszkową z prenatalną Gnyszczanką nie byli klientem biznesowym, tylko rozpierduchowo-rodzinnym, to muszę powiedzieć, że hotelowi zapewnienie nam stanu upojenia spokojem wyszło ZNA-KO-MI-CIE.

Sześć Gnyszkogwiazdek idzie do…

Hotelu Alter*****, będącego własnością uroczego małżeństwa Stachowiczów. Znajdźcie ich na fb i śledźcie. Niesamowite źródło inspiracji:

Zapodaję najwyższą notę i najwyższą rekomendację. Gdy kolejnym razem byłem w Lublinie, nie mogłem zatrzymać się gdziekolwiek indziej. Gdy przywykniesz do pewnej jakości, ciężko wymienić ją na cokolwiek innego.

 

Wejdź do niezwykłego świata Macieja Gnyszki
i zobacz, jak 
robić networking w jego stylu!

Zapisz się na mój e-dziennik
Maciej Gnyszka Daily