Chyba nie ma w Polsce katolika w wieku produkcyjnym, który nie słyszałby o o. Fabianie Błaszkiewiczu SJ. Z jednej strony to dobrze, z drugiej jednak – w obliczu zgorszenia, do którego doszło – tym gorzej. Z okazji imienin szacownego jezuity, krótki wpis na Jego temat.

Zacznijmy od tego, że nie znam osobiście o. Fabiana. Ba! Nawet nigdy Go nie spotkałem. Więcej nawet – łącznie nie słuchałem Jego wystąpień dłużej niż 2 godziny (kupiłem kiedyś Błogosławionego bogacza i słuchałem w pociągu, zanim mnie znużyło).

Dlaczego zatem piszę o o. Fabianie? Bo wbrew pozorom mamy relację. Jednostronną wprawdzie, ale jednak. Dzięki niej nie byłem zaskoczony na wieść o suspensie dla Jezuity, o czym dobrze wiedzą Jego fani spośród moich znajomych. Jestem Duchem Świętym? Ani trochę. Ten wpis natomiast bardziej traktuje o dzisiejszym Kościele, niż o samym o. Fabianie, za którego warto modlić się więcej, niż kiedykolwiek.

Zacznijmy od tego, że nie jestem i nie byłem przeciwnikiem o. Fabiana. W jego nauczaniu, które znałem z opowiadań, nie znajdowałem niczego zdrożnego, może polemizowałem jedynie z rozkładaniem akcentów. Widziałem za to dobre owoce, duchowe – takie jak nowe emocje wokół dawnej wiary, jakie ludzie w sobie odkrywali i doczesne – np. odwagę do podjęcia nowych wyzwań biznesowych.

Nigdy jednak nie podobała mi się estetyka, jaką kreował wokół siebie, albo kreowali współpracownicy o. Fabiana. Ta specyficzna przebojowość, amerykańskość, wręcz świeckość. Tak, oczywiście że wiem – jak mi tłumaczył mi Piotr, obeznany w regule ignacjańskiej – iż jezuici mają przywilej noszenia się takiego, jak w danej kulturze jest przyjęte, rezygnując ze stroju zakonnego, dzięki czemu niechodzenie w sutannie należało interpretować zawsze jako narzędzie ewangelizacji i wchodzenia w mainstream. Mnie to jednak raziło, jak zawsze razi u innych duchownych. Jak żołnierz ma obowiązek i przywilej nosić mundur, tak duchownemu biada gdyby porzucił sutannę (jak mawiał sł. Boży kard. Wyszyński). OK, to szczegół.

Było jednak coś, co mnie raziło mocno, a co nie musiało zależeć w pełni od o. Fabiana. Mowa o uwielbieniu wśród ludzi. To nic dziwnego, że ludzie przywiązują się do charyzmatycznego kaznodziei, uwielbiają go wręcz. Tak było w przypadku o. Fabiana – znam chyba dziesiątki ludzi, którzy potrafili godzinami tokować na temat Jego nagrań. Prawdziwy święty jednak dąży do tego, by być jak okno – tzn. nie zatrzymywać wzroku ludzi na sobie, ale prowadzić ich i ich wzrok do Boga. Wydaje mi się, że w pewnym momencie o. Fabian uległ zachwytowi przejawianemu przez innych wobec siebie samego i zapomniał o swojej roli okna. Kolejne nagrania, coraz bardziej odważne, coraz bardziej sprofilowane, coraz bardziej coachingowe, a nie duszpasterskie, marynarka zastępowana przez kamizelki, koloratka przez kołnierzyk… Jako tradycjonalistę zęby bolały mnie coraz mocniej. Czułem coraz większe stężenie amerykanizmu, czyli aktywizmu.

To zjawisko niezwykle popularne w XIX wieku, obecnie chyba całkowicie zdominowało myślenie o duszpasterstwie. Parę lat temu przeczytałem wspaniałą książkę o. Chautarda pt. Życie wewnętrzne duszą apostolstwa. Dzięki niej przez cały czas patrzyłem sceptycznie na karierę o. Fabiana i jej rozwój, modląc się coraz bardziej (na pewno za mało!), by nie zaszkodziła Jego duszy. Poczytajmy co takiego o aktywizmie pisał w XIX wieku o. Chautard, cytując słowa kan. Timon-Davida, które usłyszał w młodości na temat dzieł ewangelizacyjnych dla młodzieży tego ostatniego:

 Nie ganię bynajmniej pochodów, teatrów, obrazów świetlnych (film), gimnastyki, gier itp. W początkach mej działalności i ja uważałem je za niezbędne; są to „szczudła”, których się używa z braku czego innego. W miarę jednak jak idę dalej, cel mój i środki moje stają się bardziej nadprzyrodzone, gdyż widzę coraz jaśniej, że każde dzieło, oparte na podłożu ludzkim, przeznaczone jest na zagładę; że jedynie to, które dąży do zbliżenia ludzi do Boga przez życie wewnętrzne, ma błogosławieństwo. (…)

Wytłumaczę się jaśniej: Nie stawiaj sobie za cel dostarczenia młodzieży szeregu uczciwych rozrywek, które by ją odwracały od przyjemności zakazanych i stosunków niebezpiecznych, ani też o to, by pociągnąć ich z wierzchu pokostem chrystianizmu przez machinalne bywanie na Mszy św. (…)

„Zajedź na głębię!” (Łk 5, 4). Miej przede wszystkim szlachetne ambicje doprowadzenia za wszelką cenę do tego, by pewna liczba spośród tych młodych ludzi powzięła stałe i energiczne postanowienie żyć jako gorliwi chrześcijanie, tj. odprawiać rozmyślanie poranne, uczęszczać o ile możności codziennie na Mszę św., odbywać króciutkie czytanie duchowe i, samo przez się zrozumiałe, przystępować często i owocnie do Komunii św. (…) A po dwóch latach powiesz mi, czy potrzebne są trąby lub kulisy teatralne, by mieć owocny połów.

źródło: SynergiaMocy.pl

W przypadku o. Fabiana jest chyba odwrotnie – wspomniane wyżej kulisy teatralne i trąby tak Go uwiązały, że w nich upatruje sensu działania. Stąd najbliższe szkolenie, które przeprowadzi pod marką SynergiaMocy.pl ilustruje już zdjęcie obok. Zdjęcie Pana Fabiana, a nie o. Fabiana SJ.

Obym był fałszywym prorokiem, ale obawiam się, że po o. Dostatnim, Bartosiu, czy ostatnim gdańskim dominikaninie, na o. Fabianie seria spektakularnych upadków znanych i uwielbianych kaznodziei się nie zakończy. Mam jednak nadzieję, że z brukiem zderzą się jak najprędzej, a ich dotychczasowi fani zrozumieją wreszcie, że największą głupotą jest pokładanie wiary w ludziach. Nawet świątobliwych.

Ojcze Fabianie, pamiętaj że na nawrócenie każdy z nas ma czas do śmierci. Oby był jak najdłuższy w Twoim przypadku 🙂 No i jeszcze coś – pamiętaj, że wszyscy grzeszymy, a najważniejsze jest to, by się podnieść. Podnoś się więc i nie daj długo na siebie czekać.

Czytelników zaś przepraszam za tę dominację tematyki religijnej w ostatnich dniach, tym razem w dodatku tak nieuporządkowaną. Od jutra będzie bardziej zawodowo!

Wejdź do niezwykłego świata Macieja Gnyszki
i zobacz, jak 
robić networking w jego stylu!

Zapisz się na mój e-dziennik
Maciej Gnyszka Daily