Dawno temu w Bratysławie

Miałem wtedy paręnaście lat. Jechaliśmy z całą rodziną do Fatimy. A może na objazdową pielgrzymkę do Niemiec, Austrii i Szwajcarii? Nie pamiętam. Pamiętam jednak, że pierwszy nocleg miał miejsce w bratysławskim hotelu Nivy, w którym poznałem TEN smak. Towarzyszy mi do dzisiaj.

Atmosfera

Znacie tę atmosferę? Końcówka lat 90., na torebeczkach wieszanych na szyi paszporty, Polacy jeszcze trochę jak europejscy wypłosze, którzy zamawiają w knajpie espresso, bo najtańsze, a później się dziwią, że nie dostają kubka pełnego plujki, z drugiej strony autokar wypożyczony od Zespołu Pieśni i Tańca Mazowsze, stary mercedes, który mimo swojego zużycia mógł uchodzić za szczyt nowoczesności – bo i czajnik miał, i telewizor, i nie otwierany nigdy z oszczędności – kibelek. Takim autobusem pełnym pielgrzymów z naszej i okolicznych parafii jechaliśmy w tę pielgrzymkę. Połowę bagażu stanowiło jedzenie. Sucharki, serki topione, wafelki z czekoladą (pamiętam, że to były Słowianki), herbata w termosie. Co rano musieliśmy zrywać się bardzo wcześnie, już w autobusie śpiewaliśmy godzinki, co rozbudziło wtedy moją miłość do tej formy modlitwy.

Ta atmosfera, to także zazdrosne patrzenie na sklepy z elektroniką, na makdonaldy, które były wszędzie, a nie w kilku miejscach całego kraju, czy wreszcie kolorowe kawiarnie i restauracje, których tak niewiele było wtedy u nas, albo patrzenie z podziwem na każdego z naszych (poza moim Tatą), kto potrafił mówić po angielsku i na każdego obcokrajowca, który poznawał w nas krajanów Papieża.

Hotel NIVY

Urocza architektura Hotelu NIVY

W tej atmosferze zjeżdżamy późnym wieczorem do Hotelu Nivy. Być może Msza Święta, potem kolacja, a potem do spania, bo jutro o świcie pielgrzymka jedzie dalej. Z mojej perspektywy, nieco ponad 10-letniego chłopaka, wyglądało to imponująco. Wielki gmach, mimo znanego mi gierkowskiego swądu, jednak robił na mnie wrażenie. Lśniące windy, wyślizgane granity, albo sprytnie zrobione lastryko, na swój sposób eleganckie kelnerki.

I wtedy – na tej kolacji – pierwszej w życiu kolacji poza granicami Polski – w moje ręce wpada filiżanka kawy. Nie wiem, czy ją zamówiłem, czy wziąłem ze stołu, czy sam sobie nalałem. Nie mam bladego pojęcia. Wiem jednak, że zacząłem ją pić i mi smakowała. Nie tylko czułem się dorosły, a z dzieciństwa pamiętałem, że kawy się u nas w domu nie piło poza urodzinami i imieninami, gdy przychodzący goście na takową mieli ochotę. Zostawały później na stole filiżanki z czarnym osadem na dnie i miły zapach w całym domu. Znałem to dobrze, bo mój pokój był zaraz obok dużego pokoju…

No więc ten zapach i smak. To na pewno nie była rozpuszczalka, być może przelew, być może plujka. Smakowała mi jednak i dobrze po niej spałem. Nasza przygoda przerwała się na parę lat, jednak dziś nie wyobrażam sobie tygodnia bez paru dobrych espresso, a świątecznego stołu bez jasnobrązowej cremy w filiżankach.

Kawa z nieba?

O tym, że lubię kawę wiecie na pewno, choćby z jednego z ostatnich wpisów, gdzie dzielę się swoimi ulubionymi lokalizacjami kawowymi (chodzi o wpis pt. [Śladami Gnyszki] Te pięć kawiarni musisz poznać). I choć o kawie krąży wiele legend, z których najbardziej lubię tę o pierwszej kawiarni w Wiedniu, którą założył po Wiktorii Wiedeńskiej jeden z rycerzy Jana III Sobieskiego, albo jego potomek, to tego podania nie znaliście na pewno.

Nie znalazłem niestety w internecie reprodukcji obrazu, o który mi chodzi i siłą rzeczy nie podam szczegółów, ale w jednym numerze dwumiesięcznika Polonia Christiana sprzed paru lat opisana była jego historia. A obraz dość osobliwy – oto święta uniesiona w ekstazie, a obok niej anioł nalewający kawy do filiżanki! Tak, nic mi się nie pomyliło 😀 Historia zaś była taka, że pewnej świętej ukazał się anioł i w trakcie wizji, gdy zobaczył, że jest bardzo słaba, nalał jej kawy, by się pokrzepiła. Okolice XVII wieku, jeśli dobrze pamiętam.

Jeśli ktoś z Czytelników wie o którą świętą i który obraz chodzi – będę dozgonnie wdzięczny.

Malabar

Jaką mieszankę jej zaserwował? Nie wiadomo, wiadomo jednak co pijam ja sam 🙂 Niestety mojej ulubionej, bolońskiej kawy Attibassi nigdzie w internecie nie spotkałem do kupienia – wciąż jest bardzo niszowa – ale za to wyczaiłem mój ulubiony Malabar, który zawsze chętnie piję w usteckiej Herbaciarni. Opakowanie podoba mi się średnio:

Dobrze, że smak jest o wiele lepszy 🙂 By zakosztować oryginału, musicie skoczyć do Ustki, bo kawa smakuje różnie w zależności od tego kto, w czym i jak ją przyrządza, ale… tak dobra kawa powinna moim zdaniem dawać radę w każdej odmianie.

Tego posta zaś napisałem przy zupełnie innej kawie. Kto zgadnie jakiej?

Zostaw komentarz