Kolejny film, przez który zarzekamy się z Żoną, że już nigdy nie pójdziemy na film inny, niż ekranizacja znanej nam książki. Tak, chodzi o Zupełnie Nowy Testament, na który straciliśmy 40 zł i 4 osobogodziny. Czyli tysiak pękł na pewno 😉
Jak miało być?

To miał być miły wieczór z dziećmi zostawionymi pod dobrą opieką. Wieczór, jakich mało, gdy ma się dwóch Potomków na pokładzie. Zapowiadało się świetnie. Najpierw Mistrzowie pasteli w Muzeum Narodowym, w którym zresztą bardzo dawno mnie nie było, może nawet od czasów siedzenia na gzymsie zewnętrznym i malowania z natury bloku na Skarpie pewnej zimy, gdy byłem jeszcze w liceum. Nie, później jeszcze byłem na wystawie Wyspiańskiego, albo Malczewskiego. Newermajnd. Miło oglądało się te wszystkie pastele i wspominało własną przeszłość malarską… Później kawka i ciepła herbata u Bliklego na Nowym Świecie (sam lokal jest zaprzeczeniem Total Quality Management, ale to już wiadomo, że nawet Andrzej Blikle tam nie chadza), gdzie pomimo wad, wciąż miło się siedzi… a potem szybko do samochodu, bo spóźnimy się do Kina Muranów na pokaz przedpremierowy Zupełnie Nowego Testamentu.

testament

Fotos z filmu. /mat. prasowe/

 

Spodziewaliśmy się, że po prostu się pośmiejemy. Myliliśmy się. Zarechotaliśmy może ze dwa razy i to na momentach, które znałem z trailera. Przez całą resztę filmu siedzieliśmy po prostu zniesmaczeni.

Trailery

Swoją drogą, to już kolejny trailer, po którym mam zupełnie inne wyobrażenie o filmie, niż po obejrzeniu całego dzieła. Ale to diametralnie. Poprzednio było tak przy Pileckim, o którym pisałem w tekście pt. Czy rtm. Pilecki byłby zadowolony z filmu o sobie?. Pileckim myślałem, że to wreszcie holiłódzka produkcja o polskim bohaterze za polskie pieniądze, natomiast o Testamencie, że to urocza komedyjka. Tymczasem to bardziej sen wariata, albo psychoterapia francuskojęzycznego antyklerykała.

Uwaga! Spoiler!

Teraz Wam powiem o czym był film. Bóg Ojciec mieszka w Brukseli, ma żonę, syna (Jezusa) i córkę. Ducha Świętego nie ma, żona jest ogłupiałą kuchtą, Pan Jezus żyje tylko jako figurka, która czasem gada ze swoją siostrą i czasem jest wspominany, że uciekł z domu przez pralkę i go tam na dole zabili, bo za bardzo improwizował. Córka z kolei to klasyczne hippisowskiego mitu dziecka, która wie więcej niż dorośli i nie jest zakłamane. No więc wspomniany Bóg Ojciec jest spiczniałym zwyrolem, leży cały dzień przed telewizorem, pije piwo, łazi po domu w szlafroku, kapciach i białych skarpetach, wrzeszczy na wszystkich, a gdy siada do roboty, to zamyka się w gabinecie, w którym ma kartotekę wszystkich ludzi (taki turbo-IPN) i komputer, przez który zarządza światem. No i oczywiście makietę, na której testuje różne kataklizmy. Facet jest zwyrolem nie tylko dla własnej rodziny (zahukana żona i wiecznie opieprzana córka), ale i dla świata, którym zarządza. Teodycea w wykonaniu reżysera jest prosta – zło na świecie, to wynik znęcania się Boga nad światem.

Córka, która nie może już znieść patriarchalnej opresji, wykrzykuje ojcu prawdę prosto w oczy i ucieka z domu przez pralkę, która jest połączona z realnym światem. Oczywiście w pogoń za nią udaje się filmowy ojciec, który przy każdej możliwej okazji się drze niczym Ed Bundy, czy jak tam się nazywał przygłupi bohater amerykańskiej komedii.

Córka uciekła, na świecie odszukuje swoich apostołów, których role oczywiście są symboliczne. Jest sobie więc samotny bezdzietny facet, który pracuje w korpo i liczy słupki w Excelu. Jest podstarzała milionerka, którą z mężem łączy tylko majątek. Jest i facet w nieudanym małżeństwie z nieudaną żoną, z którą ma nieudanego syna. Jest oczywiście chłopiec, który marzy by być dziewczynką. Jest i stary kawaler seksoholik. Słowem – zwyczajni ludzie 😉 Film w zasadzie opowiada o tym, jak Ea (córka) odszukuje na świecie swoich apostołów razem ze swoim kolegą bezdomnym (najlepsza rola zresztą, najbliższa zwyczajności) i z tym wiążą się różne perypetie. Zazwyczaj bardziej smutne, niż śmieszne.

Jedyne, co warto…

W tej całej beczce dziegciu jest jednak łyżeczka miodu. To mianowicie, że w pewnym momencie, w wyniku działania Ei przy komputerze ojca, mieszkańcy ziemi dostają SMSy z informacją ile czasu zostało im do śmierci. I faktycznie zacząłem się zastanawiać nad tym, czy rzeczywiście każdej chwili pamiętam o tym, że czas, który dał mi Bóg jest skończony i że każdej sekundy przybliżam się do śmierci o jedną sekundę… Zaskakujące, prawda? Takie kinowe meditatio mortis, nawet na wściekle ateistycznym filmie.

Ciąg dalszy spoilera

Oczywiście, jeśli wierzyć reżyserowi, najlepsze co możemy zacząć robić, gdy dowiemy się kiedy umrzemy, to zacząć realizować swoje marzenia. A jakie są szczyty marzeń, wg tych, którym materializm zdominował mózg? Oczywiście miłość bliźniego. Tak więc wspomniana wyżej podstarzała dama kupuje sobie bzykanko z młodym imigrantem, a potem kupuje z cyrku goryla, który pokazuje jej seks po gorylsku i wypędza męża z domu, natomiast nasz seksoholik przepuszcza całe oszczędności na wizyty w peep-showach, a gdy skończy mu się kasa, monetyzuje swój radiowy głos podkładając odgłosy do pornosów, gdzie jego partnerką jest… tak, tak… dziewczyna, która zachwyciła go całe lata temu na plaży, gdy jeszcze był w podstawówce i wyjechał z rodzicami nad morze. Jak ta znajomość ewoluuje? Oczywiście po robocie idą pouprawiać trochę miłości bliźniego. I tak dalej, aż po chłopca, który ze względu na to, że dowiedział się kiedy umrze, postanowił zacząć być wreszcie dziewczynką, a pod koniec filmu zakochuje się już w filmowej córce Pana Boga i w końcowej scenie się z nią całuje (jeśli nic nie pokręciłem, ale całowali się na pewno).

Zryte berety

Wyszliśmy z filmu intelektualnie zgwałceni. Nie tylko biadając nad stanem zachodniego ducha, ale i nad tym, że nasze dzieci nie poznają już świata, w którym wyjście do kina jest bezpieczne i rodzice mogą być spokojni o to, że pociecha zobaczy tam w miarę normalny świat. Cóż, zostaną ekranizacje lektur szkolnych.

Natomiast z tym stanem ducha Zachodu jest coś na rzeczy. Trzeba mieć świadomość, że dla człowieka z zachodu Europy normalna rodzina, normalne relacje międzypłciowe, zwyczajne życie, to rzeczy które zna z historii, albo i nie zna. Zauważyłem to jeszcze w podstawówce, gdy dostałem list od koleżanki z partnerskiej szkoły w Finlandii. Jej świat nie był moim światem nie tylko dlatego, że Polska nie zdażyła wtedy jeszcze otrząsnąć się z komuny. Zupełnie Nowy Testament, to właśnie wykwit takiego stanu ducha. Jeśli ojciec, to pijak i masochista. Jeśli matka, to kuchta domowa. Jeśli człowiek, to najważniejsza jego aktywność, to aktywność seksualna.

Nie idźcie na ten film. Szkoda czasu. Lepiej w tym czasie się wyspać.

No dobra…

…Panie Gnyszka, ale jaki film Pan polecasz? Jak to jaki? Na przykład Szeregowca Ryana polecam w ciemno 🙂

Wejdź do niezwykłego świata Macieja Gnyszki
i zobacz, jak 
robić networking w jego stylu!

Zapisz się na mój e-dziennik
Maciej Gnyszka Daily