Zawsze będziesz biedny, biedny Misiu pysiu!

Nie, ten wpis nie jest o tym, że jestem finansowym geniuszem i za jedyne 99 zł powiem Ci jak być takim bucem jak ja. Nie jest także o tym, dlaczego Tusk i Rostowski zakosili nam kasiorę, a my nic na to nie poradzimy. Nie. Ten wpis jest o polisach inwestycyjnych, a Ty musisz go przeczytać.

Gnyszka, o co Ci znowu chodzi?

Przede wszystkim powiedzmy, że wypadałoby dziś pisać na inny temat, ale zrobiłem to już w zeszłym roku i nie mam nic do dodania. Gapy i nowicjuszy zapraszam do wpisu o Żołnierzach Niezłomnych.

Dlaczego zatem dziś piszę o polisach inwestycyjnych?

Kiedyś Polskę zamieszkiwali sami milionerzy...

Kiedyś Polskę zamieszkiwali sami milionerzy…

Zaczęło się od wSieci…

W którymś z ostatnich numerów niepokorny tygodnik niepokornych autorów i jeszcze mniej pokornych czytelników zamieścił tekst jakiejś podobno znanej pani z pogranicza teatru, filmu i nie wiem jeszcze czego. [Dlaczego sobie dworuję? Bo to jedna z twarzy polskiego ruchu proaborcyjnego]. Tekst nawet ciekawy, opisała w nim swoje doświadczenia z którąś z firm z branży tzw. doradztwa finansowego. Generalnie w tekście chodziło o to, że pani myślała, że kupiła sobie lokatę, a kupiła sobie polisę inwestycyjną, a plastek w garniturze, który robił za doradcę, zajmował się po prostu wciskaniem polis i udawaniem, że to w sumie tak jak lokaty.

…potem Przywiązani do polisy

Później na facebooku zobaczyłem fanpejdż o nazwie Przywiązani do polisy. Nie polubiłem za pierwszym razem, polubiłem jednak dziś i obserwując rozwój akcji zdecydowałem dorzucić swoje trzy grosze do tematu.

Co to ta polisa?

Polisa inwestycyjna, czy inaczej polisolokata, to taki produkt finansowy, który:

  • nie podlega podatkowi Belki co roku, tylko przy zakończeniu (płacisz raz 19% podatku od zysków, które Ci wygenerował, a nie co roku),
  • zmusza Cię do regularnego wrzucania doń pieniędzy, bo zaprzestanie regularności skutkuje likwidacją polisy i kosztami tej likwidacji (w pierwszym roku nawet i 100%),
  • poza tym, to po prostu koszyk z różnymi funduszami inwestycyjnymi, które możesz dorzucać do portfela.

O co całe zamieszanie?

Krytyka zarówno Pani z wSieci, jak i krytyka społeczności Przywiązanych do polisy, dotyczy głównie opłaty likwidacyjnej i jej wysokości. Cóż, rzeczywiście można się zdziwić, jeśli wrzucało się co miesiąc 500 zł na polisę przez 3 lata, trzeba te środki nagle wypłacić ze względu na pilny cel i okazuje się, że zamiast tych prawie 20 000 zł wypłacą nam ze 3 000 po odjęciu kosztów likwidacji 🙂 Hmm… czy zdziwię Was, że właśnie dlatego parę lat temu zdecydowałem się właśnie na polisę inwestycyjną na 20 lat? 😀 O tym zaraz.

Są jeszcze pomniejsze wątki krytyki, które warto wspomnieć z kronikarskiego obowiązku.

Niektórzy węszą spisek, pytając dlaczego polisy są teoretycznie ubezpieczeniami (jak widać, są tacy, którzy kupowali polisę, by się ubezpieczyć i myśleli, że kupują klasyczne ubezpieczenie). Nie pamiętają, że parę lat temu niejaki Marek Belka wprowadził swój podatek i branża musiała kombinować. Z tego kombinowania wyszły właśnie polisolokaty w tej formie.

Inni z kolei, jak Pani z wSieci, oburzają się że w wyniku zakupu tego produktu mają coś w rodzaju zobowiązania względem firmy ubezpieczającej. A jak, pisze owa Pani, nie chce mieć dodatkowych zobowiązań, a jak ma nadwyżkę, to woli ją przejeść (sic!).

Tu jest pies, proszę pana!

Ano właśnie, Pani woli pieniądze przejeść, pójść sobie na suszi, zjeść lody z bitą śmietaną, kupić nowy ciuch, albo przejechać się do Juraty i codziennie raczyć się winkiem w hotelowej restauracji. Kto bogatemu zabroni? Jeśli Ty wolisz podobnie, to koniecznie doczytaj do końca, bo jeśli tak myślisz, to zawsze będziesz biedny, tylko nie zawsze świadomie.

Doradca, czy sprzedawca?

Parę lat temu, podchodziłem wraz ze znajomymi do realizacji kampanii PRowej na potencjalne zlecenie jednej z firm z opisywanej branży, której roboczy tytuł brzmiał: DoradcaCzySprzedawca.pl (obie domeny mam zaparkowane, chętnych zapraszam ;)). Miała na celu zwrócenie uwagi, że rynek tzw. doradców finansowych pełen jest niedouczonych kuców, które uczy się jedynie sprzedaży, ew. ustawiania dłoni w piramidkę, w odróżnieniu od doradców owej firmy. Chyba rzeczywiście była rzetelna, bo rok później firma owa zbankrutowała, a nasza kampania nie wyszła poza sferę planów.

Jak odróżnić kuca od doradcy?

Podstawowa różnica polega na tym, że doradca się zna na rzeczy, a kuc powtarza utarte bajki. Jeśli opowiada Ci o długoterminowych trendach, które są tylko i wyłącznie rosnące i średnioroczna stopa zwrotu w tzw. długim terminie, to koło 15% (teraz się miarkują i zakładają ok. 10%), zapytaj go o Japonię i indeks Nikkei. Od końca wojny, przez 40 lat był w długoterminowym trendzie wzrostowym. Od 1990 roku jest w trendzie… spadkowym. W tym czasie stracił 60% (patrząc dziś). Jeszcze rok temu tracił 80%. Wyobraź sobie siebie przed 20 laty i spotkanie z takim kucem, z jakim widzisz się dziś, który wieszczy Ci hossę do nieba i wspaniałą emeryturę. A potem tego samego siebie, gdy na nią przechodzisz po 25 latach oszczędzania 😀

Jeśli rozmówca na hasło Japonia nie reaguje – nie ma o czym gadać.

Jeśli reaguje – jest cień szansy na to, że to jednak myślący człowiek.

Jeśli rozwija jakąś myśl – dyskutujcie, może wie coś ciekawego i przekona Cię do siebie.

Ten wpis to nie Święty Graal

Widzę, że się rozpisałem, w międzyczasie zmieniłem koncepcję wpisu (pierwotną jeszcze rozwinę w innym) i pora przejść do puenty. Ten wpis nie odpowie na Twoje zasadnicze pytanie – co robić, jak żyć? Ale jeśli zapiszesz się na mój newsletter i będziesz śledził tego bloga, gwarantuję, że do własnej odpowiedzi zbliżysz się bardzo.

Rynek pełen jest ludzi, którzy chcieliby być bogaci, ale nie potrafią ani oszczędzać (bo wolą pracować, by jeść i zjadać do końca, by musieć pracować), ani rozważnie i bez pośpiechu podejmować decyzji. Z drugiej strony rynek pełen jest niedouczonych chciwców którzy uwielbiają sprzedawać nie to, czego potrzebuje klient, bo mają z tego najwyższą prowizję. Te dwie grupy nawzajem się żywią i jeśli właśnie dochodzi do otrzeźwienia za sprawą opisanych wyżej zdarzeń medialnych – to świetnie.

Jeśli sądy rozpatrują pozwy zbiorowe pozytywnie i przepisy umowne, które karzą przedwczesne rozwiązanie polis są bezprawne, to wspaniale – ludzie odzyskują pieniądze, które były im potrzebne, chciwi pośrednicy muszą oddać prowizje, które zostały im wypłacone, a centrale firm ubezpieczeniowych pewnie wymyślają nowe produkty. To jednak nie likwiduje jednego problematycznego zjawiska. Wciąż wielu ludzi nie zrozumiało dlaczego musi oszczędzać, skromnie żyć i zadbać o przyszłość swoją, dzieci i wnuków. A być może właśnie ten zimny prysznic w postaci opłaty likwidacyjnej mógł być źródłem zmiany mentalności.

Usiądź uważnie i policz…

Mam złe wieści. Musisz zacząć oszczędzać i na wiele rzeczy, do których jesteś przyzwyczajony, po prostu Cię nie stać. Policzmy.

Założenia:

  • jesteś facetem i masz żonę,
  • dzieci w drodze.
  • za jakieś 40 lat oboje z żoną przestaniecie pracować,
  • zakładamy, że z ZUSu dostaniesz tylko życzenia rychłej śmierci i paprykarz szczeciński,
  • zakładamy, że pod koniec życia zawodowego Twój biznes padnie, albo przejmą go dzieci,
  • chcecie z żoną móc miesięcznie mieć te 10 000 zł na lekarstwa, operacje, zabawki dla wnuków i inne atrakcje,
  • zakładamy, że zyski kapitałowe niwelują niszczący wpływ inflacji, nie liczymy na kokosy,
  • oboje będziecie po zakończeniu pracy żyli ok. 20 lat.

To oznacza, że przez najbliższe 40 lat musisz oszczędzić pieniądze, które oboje zjecie w ciągu kolejnych 20 lat. Aha, no i oczywiście zakładamy, że żona nie musi oszczędzać, bo jesteś dżentelmenem. Przeliczmy. Potrzebujesz:

20 lat x 12 mies. x 10 000 zł = 2 400 000 zł

Masz na to 40 lat, czyli co miesiąc musisz zaoszczędzić:

(2 400 000 / 40) / 12 = 5 000 zł

Czyli codziennie musisz odjąć sobie od ust:

5 000 zł / 30 = 167 zł

[Tak, wiem, że to się dało krócej policzyć ;)]

I co? Teraz też uważasz, że jak co drugi miesiąc odłożysz 100 zł, to jesteś przyszłym Kulczykiem? Nie, nie jesteś. Co najwyżej panem woźnym, ps. Kluczyk.

Jeśli właśnie Cię zasmuciłem – zapisz się na mój newsletter, zasmucę Cię bardziej kolejnymi wpisami. Jeśli nigdy o tym nie myślałeś – patrz wyżej. Jeśli wciąż uważasz, że na wszystko Cię stać… przejdź się na starówkę, spójrz na dowolnego żebraka w wieku emerytalnym i uruchom wyobraźnię.

P.S.

Nie, nie tworzę jakiegoś cudownego kursu pt. Jak stać się zyliarderem, który zaraz będę chciał sprzedać. Ta tematyka interesuje mnie od dawna, bo na emeryturę zacząłem zbierać już w przedszkolu. Będę o tym jeszcze pisał. Stay tuned!

4 komentarze

  • Maro

    Sierpień 13, 08 2015 10:23:27

    Dzień dobry Macieju,
    to pierwszy wpis, który przeczytałem na twoim blogu. Bardzo lubię tematykę ogólno-finansową, a nawet rzekłbym „życiową”. Nie mniej jednak zawiodłem się na twoich wyliczeniach. Zapominasz w nich o podstawowym paradygmacie finansów, jakim jest zmiana wartości pieniądza w czasie. Otóż niezależnie od tego jakiego tempa tej zmiany byśmy nie przyjęli (pomijając obłoki absurdu), to w wyliczeniach dotyczących perspektywy dwudziestu, czy czterdziestu lat, będzie ono miało kluczowe znaczenie.
    Chociażby te 2 400 000 zł, o których piszesz. Jeśli faktycznie uzbieralibyśmy taką kwotę, to zakładając, że możemy ją bezpiecznie zainwestować nawet na 4% (co jest bardzo ostrożnym szacunkiem), to miesięcznie samych odsetek mielibyśmy 2400000 zł x 4% / 12 = 8 000 zł. Czyli prawię kwotę, jaką chciałeś z żoną mieć na emeryturze i to bez wydawania ani złotówki z uzbieranych w ciągu 40 lat pieniędzy.
    Mimo to dam ci szansę i będę czytał dalej, bo i tak wydaje mi się, że prezentujesz poziom, który daje szansę na ciekawe wpisy 🙂

    Pozdrawiam,
    Marek

    • Maciej

      Sierpień 17, 08 2015 11:14:41

      Zaraz, zaraz, Maro, przecież w przedostatnim punkcie założeń mówię o inflacji 🙂

  • Przemek

    Wrzesień 09, 09 2016 03:34:16

    Macieju, Lepiej w nieruchomości. One mają dużo stabilniejszą wartość niż pieniądz. Popatrz co się przez ostatnie 20 lat działo ze złotówką, nawet dolarem, że nie wspomnę o euro;)

Zostaw komentarz