Od paru tygodni obserwujemy dość ciekawe wydarzenia, które przy odrobinie wyobraźni można by uznać za skoordynowaną akcję. Bez względu jednak na to, czy to arcyciekawa koincydencja, reakcja łańcuchowa, czy też najtajniejszy z najtajniejszych spisków, uderza jedno — jak niezmiennie słaba jest Polska za granicą. O tym będzie ten wpis i o tym, jaki mam na to pomysł.

Polityka?

Jestem prostym przedsiębiorcą i na tematy polityczne nie wypowiadam się za często, chyba że dotyczą tych sfer życia, na których znam się najwięcej, albo tych, które są mi najbliższe. Bardzo dobrze widać to po blogu, który odpoczywa od polityki w zasadzie od czasu, gdy przeniosłem się na własną domenę z blogspota, czyli od jakichś 4 lat.

Teraz jednak muszę zabrać głos, bo jeśli rację miał Lenin, mówiąc że wszystko jest polityką, to i być może to, co myślę — i w efekcie tych myśli zawodowo robię — może stanowić inspirację dla tych, którzy w zaciszu gabinetów ustalają i realizują przeróżne strategie.

Co uderza

Już wczoraj we wpisie Żydzi. Jak ich poznałem pisałem o tym, że w tej całej sytuacji dziejącej się z ogromnym natężeniem od paru dni uderza przede wszystkim to, że świat totalnie nie zna tego, co my uważamy za oczywiste i — co gorsza — z tej niewiedzy zaczyna sądzić coś kompletnie przeciwnego. Zaczyna postrzegać nas — pierwsze ofiary Hitlera — za sprawców Holokaustu i robi to zupełnie uczciwie, to znaczy zgodnie ze swoją najlepszą wiedzą.

Sytuacja przypomina tę, w której dziecko przyzwyczajone do bycia przezywanym przez kolegów dziwi się, gdy któregoś dnia dostaje w zęby, a po miesiącu po raz pierwszy musi wiać z torów, by uniknąć rozjechania przez pociąg, pod który dla zabawy wrzucili je rozzuchwaleni rówieśnicy. To nie kryzys, to skutek.

Skutek wieloletniej polityki międzynarodowej toczonej w myśl powiedzenia, że Polska jest brzydką panną na wydaniu, która musi przyjąć to, co jej dają, jak to sformułował któryś z pierwszych polskich ministrów spraw zagranicznych po 1989 r.

Ostatnie roszady na scenie politycznej dają nadzieję, że nie rządzi już nami — albo chociaż w rządzeniu nie dominuje — pokolenie poczciwych styropianistów, którzy zginali kark i kolana na dźwięk jakiegokolwiek obcego języka, szeroko się przy tym uśmiechając, bo przecież dla gości z zagranicy zawsze trzeba być miłym, inaczej wyproszą nas z Europy, do której jeździło się maluchem pełnym paprykarzy szczecińskich do roboty. Choć, patrząc na pierwsze reakcje strony polskiej, zaczynam nabierać wątpliwości…

Czynniki pierwsze

Rozbierzmy sobie tę sytuację na czynniki pierwsze, albo jak by powiedział prof. Stasiak, który w liceum uczył mnie fizyki:

Rozpatrzmy se awanturę!

Polacy

Pierwszą grupą, której sytuacja dotyczy, są oczywiście Polacy. Mieszkają w swoim państwie, mało ufają swoim rządom, co jeszcze nie byłoby takim dramatem (choć tu akurat chyba rząd PiS-u może pochwalić się rekordowo niesłabnącym zaufaniem), ale prawdziwym dramatem jest to, że jak dotąd bardziej nie ufają sobie nawzajem, niż ufają, oraz wstydzą się sami siebie bardziej, niż są z siebie dumni.

Do tego wciąż uważają, że mówienie wolniej i głośniej sprawi, że obcokrajowiec zrozumie, że chodzi im w sklepie o piłkę do metalu. Objawia się to tym, że w całej tej awanturze stosunkowo niedużo można naliczyć wypowiedzi w internecie, które w języku innym niż polski dawałyby świadectwo naszemu spojrzeniu na sprawę. Piszę stosunkowo niedużo nie dlatego, że było ich mało — bo można również być zaskoczonym ich liczebnością — ale dlatego, że było ich porażająco za mało wobec potrzeb.

Polonia

Na temat Polonii trudno mi się wypowiadać, bo środowisk polonijnych osobiście i bezpośrednio w zasadzie nie znam, jednak trudno nie odnieść wrażenia, że gdyby nasza diaspora znaczyła na świecie bardzo wiele, to i sytuacja rozwinęłaby się inaczej. Któryś z polskich albo polonijnych miliarderów ogłosiłby, że wycofuje się z inwestycji w Izraelu albo z joint venture z którymś z izraelskich funduszy inwestujących w Warszawie, i od razu takie wypowiedzi jak posła Jaira Lapida (którą przywoływałem we wczorajszym wpisie) byłyby natychmiast stonowane, a sam premier Netanjahu wypowiadałby się w innym tonie.

Tymczasem wiele w tym zakresie się nie wydarzyło poza rytualnym kiwaniem palcem w bucie, chyba że jestem w błędzie i coś mi umknęło.

Polski rząd

Tak jak pisałem — budzi nadzieję i być może po raz pierwszy w ciągu parudziesięciu ostatnich lat nie zawiedzie nadziei na zmianę paradygmatu, ale trudno też nie odnieść wrażenia, że brak wezwania izraelskiej ambasador na dywanik to zaniechanie.

Generatory prestiżu

Nie mamy ich. Ani prywatnych, ani państwowych. Nie mamy nagród, o których zdobycie bije się cały świat, nie mamy firm, w których młodzi całego świata chcą pracować, nie mamy wreszcie uniwersytetów, na których cały świat chce studiować. Bycie Polakiem nie jest prestiżowe, a przynajmniej nie w oczach świata.

Jesteśmy trochę jak Chińczycy, którzy produkują słynącą na cały świat chińską herbatę, jednak największe marki chinese tea należą do singapurskich koncernów, które produkcję zlecają Chińczykom. Podobnie Polacy — choć mają zastępy bohaterów i geniuszy w swej historii, choć mają cudowne miejsca do odwiedzenia, choć mają wreszcie fascynującą historię do opowiedzenia, nic z tego nie potrafią sami opowiedzieć, potrzebując do tego zawsze innych.

Sojusznicy

Trywialne jest stwierdzenie, że polityka brzydkiej panny na wydaniu mogła doprowadzić tylko do sytuacji, w której ci, których uważamy za sojuszników, tak naprawdę bardziej mają poczucie bycia naszymi alfonsami niż kochankami i nie powinno dziwić nas milczenie większości z nich, ale jednak po Orbánie i Węgrach spodziewałbym się wejścia do gry.

O co toczy się gra — szersza perspektywa

Trudno też nie odnieść wrażenia — a poznawszy na ostatnich rekolekcjach w Rzymie ekipę z USA i ich spojrzenie na geopolitykę, coraz bardziej nabieram takiego przekonania — że w tej całej rozgrywce chodzi o wiele więcej, niż by się mogło wydawać. Polska to od lat symbol katolicyzmu, szczególnie od czasów pontyfikatu Jana Pawła II, i zohydzenie Polski przez wielu może być odbierane jako sygnał, iż nihilistyczne podejście do życia jest w zasadzie słuszne, jeśli bastion katolicyzmu w Europie był miejscem gigantycznej kaźni niewinnych nie tylko z racji ich zamieszkania na jego terenie (co budzi raczej zdziwienie), ale z racji morderczych skłonności tubylców… to znaczy, że wartości, które katolicyzm uosabia nic nie znaczą. Tak to rykoszetem dostaje Kościół, który jako pierwszy protestował ustami Piusa XII i encykliki Mit brennender Sorge przeciwko hitleryzmowi.

I have a dream

Od dobrych paru lat mam marzenie, które rośnie we mnie z roku na rok, z inicjatywy na inicjatywę. To marzenie, by polska diaspora na świecie nie tylko była silna ekonomicznie, ale i swoim prestiżem imponowała otoczeniu. Marzenie, by na całym świecie z okazji Święta Niepodległości organizowano wiele podniosłych wydarzeń, a wśród nich dużą część rękami tubylców, zachwyconych polską historią i polskością. Marzenie, by wreszcie sama Polska budziła zachwyt dynamizmem swoich obywateli, sprawiedliwością rządów i niesamowitością wynalazków — tak teoretycznych, jak i praktycznych; a z kolei Polacy mogli być postrzegani jako potomkowie bohaterów sprzed wieków i dziesięcioleci, spadkobierców Kopernika, Sobieskiego i Pileckiego. By słowa I come from Poland wywoływały zachwyt porównywalny do tego, jaki towarzyszył ludziom PRL-u wtedy, gdy dowiadywali się, że ich maluch już jutro zostanie im doręczony. I by przez ten zachwyt polskością odkrywali to, co jest jej źródłem.

Czyż to nie będzie nasza soft power? Ciężko o bardziej uniwersalne spoiwo, niż christianitas, której odbudowa mogłaby się zacząć właśnie od nas, którzy wciąż jeszcze mamy ją w krwiobiegu, nawet nieświadomie. Marzy mi się, by Polska rzeczywiście była źródłem iskry, o której mówił św. Faustynie Pan Jezus.

Mówiłem o tym pod koniec tego reportażu:

Co z tym robię?

Czy ja coś robię z tymi marzeniami? Robię. Od 8 lat robię coraz więcej. Buduję społeczność Polaków, którzy umieją ze sobą współpracować, którzy mają aspiracje do tego, by zdobywać świat i których łączy szacunek do tego, co w naszej cywilizacji boskie. Buduję kulturę wdzięczności i samopomocy. Wreszcie — tworzę okazje do tego, by Polacy mogli świadomie o sobie myśleć, dyskutować i decydować o własnej przyszłości.

Myślę, że śmiało mogę powiedzieć, że produkuję kapitał społeczny i tworzę generatory prestiżu. Robię to przez trzy przedsięwzięcia:

  • Towarzystwa Biznesowe SA, które skupiają ludzi przedsiębiorczych z konserwatywnymi wartościami i dążą do tego, by być pierwszą polską siecią klubów dla przedsiębiorców o zasięgu międzynarodowym. Niebawem zaczniemy przyznawać nagrody gospodarcze w różnych kategoriach.
  • Inicjatywę Polski ŚladPolski Ślad Abroad, które pomagają Polakom w Polsce i za granicą podejmować racjonalne decyzje ekonomiczne. Przyznajemy nagrody gospodarcze Husaria Polskiego Biznesu.
  • Gnyszka Fundraising Advisors, zespół profesjonalnych fundraiserów, którzy stawiają na nogi organizacje pozarządowe, niemogące ze względu na wartości właśnie liczyć na środki państwowe albo unijne. Odbudowujemy w ten sposób polską filantropię — tę drobną i wielką, która przez wieki była legendarna.

I dwa wydarzenia w roku:

  • konferencję Żyj w Obfitości, dzięki której konserwatywni przedsiębiorcy mogą uczyć się od podobnie myślących koleżanek i kolegów, którzy odnieśli krajowe albo międzynarodowe sukcesy;
  • Kongres Patriotyzmu Ekonomicznego, gdzie bez ogródek przedsiębiorcy mali, średni i duzi mogą wymienić się poglądami na trendy w przeróżnych branżach i na to, czy polscy urzędnicy są gotowi na to, by myśleć o sobie samych z godnością.

Chcesz pomóc?

Jeśli uważasz, że to co opisuję jest dobrym celem, a to, jak próbuję po niego sięgać, jest godne zainteresowania, odezwij się do mnie. Namiary znajdziesz w zakładce Kontakt, możesz też zapisać się w poniższym formularzu i odpisać na pierwszy e-mail z brzegu 🙂 Nie obiecuję, że odpiszę w ciągu kwadransa, ale odpiszę na pewno. Razem będzie nam łatwiej.

Prośba

Jeśli ten tekst Cię poruszył, nie wahaj się nim podzielić w mediach społecznościowych. Dziękuję 🙂

Wejdź do niezwykłego świata Macieja Gnyszki
i zobacz, jak 
robić networking w jego stylu!

Zapisz się na mój e-dziennik
Maciej Gnyszka Daily