To była piękna, czerwcowa noc. Taka sama jak ta styczniowa. Łączy je spokój odmierzany regularnymi oddechami śpiącej rodziny i to, że po nocy przyszedł dzień – jak śpiewa Budka Suflera – a wraz z nim niemożność zalogowania się do niebieskiej aplikacji bez potwierdzenia, że odczytało się komunikat o kolejnym banie. Opowiem Wam o tym ze szczegółami, bo temat jest uniwersalny.

Standardy społeczności

Każdy ban, jakiego dostaniesz w mediach społecznościowych wynika stąd, że zrobiłeś coś wbrew regulaminowi. Albo stąd, że ktoś uważa, że zrobiłeś coś wbrew regulaminowi. Koniec końców – administracja serwisu, personalnie, albo poprzez algorytm, który to ocenia – stwierdza, że zrobiłeś coś wbrew regulaminowi.

Regulamin ma to do siebie, że jest gdzieśtam, nigdy go nie czytałeś i co jakiś czas się zmienia.

Bana, podobnie jak banana w sklepie, można dostać różnej długości. 12 godzin, 24 godziny, albo i 30 dni. Moja przygoda z banami zaczęła się od 3-dniowych, a ostatnio powtarza raz na półtora roku w wydaniu 30-dniowym. O tym jak długą karę otrzymujesz zależy od… i tu będzie zaskoczenie, ale o tym zaraz.

Ban A.D. 2016

Mój pierwszy ban to absurdalna historia, tym śmieszniejsza, że zaczął obowiązywać pierwszego dnia wakacji (oczywiście w Ustce, którą od zawsze rekomenduję z 10 powodów opisanych we wpisie na ten temat). Sprawie pikanterii dodaje fakt, że było to w trakcie crowdfundingowej emisji akcji, którą reklamowałem głównie osobiście, w internecie, a tam głównie na Facebooku właśnie. Napisałem o tym sporo więcej w ostatnim ebooku na temat equity crowdfundingu (por.: Jak dzięki social media zebrać 500 000 zł od inwestorów (i niechcący stać się milionerem)?)

Za co go dostałem i dlaczego aż na 30 dni? Bo na jednym z fanpejdży, na którym miałem uprawnienia administratorskie, a na którym nie opublikowałem nic przez dobre dwa lata… jeden z adminów podlinkował artykuł krytyczny wobec Władimira Putina. Jak się dowiedziałem – każdy z adminów został zbanowany, jednak każdy otrzymał bananka innej długości. Autor wrzutki został wycięty na 3 dni, inni na 7 dni, ja zaś na cały miesiąc.

Pocieszenie

Rozmawiałem na ten temat z jednym z obytych w social media kolegów, który kierował działaniami w tej sferze dużej zagranicznej firmy. Pytałem go o to, dlaczego długości banów różniły się i autor kontrowersyjnej dla Facebooka wrzutki otrzymał najniższy wymiar kary. Tomek mnie pocieszył:

To proste Maciek, możesz się czuć mile połechtany. Długość bana zależy od tego jak dużym wg Facebooka kto jest influencerem. Im większy masz zasięg, tym zawsze zostaniesz dotkliwiej ukarany, bo Twój przykład trafi do większej liczby ludzi.

Marne pocieszenie, gdy masz do zebrania 400 000 zł, a Mark Zuckerberg własnie postanowił Ci to uniemożliwić.

Ban A.D. 2018

Życie toczyło się dalej, aż do stycznia 2018 r., kiedy to pewnego poranka wyczytałem na swoim telefonie, że przed paru laty opublikowałem na swoim koncie wrzutkę zaczynającą się słowami:

O, jednak katole również pracują w Google (…)

Tylko tyle Mark pozwolił mi z niej obejrzeć, informując uprzejmie, że została usunięta ze względu na naruszanie standardów społeczności, a ja zostaję wysłany na przymusowy 30-dniowy urlop od fejsa. Miło.

Napisałem o tym w Daily i odpisała mi Martyna, pytając czy przypadkiem nie użyłem sformułowania katol, bo ostatnio parunastu jej znajomych ze wspólnoty zaliczyło bana za to sformułowanie i fejsbukowa grupa wspólnoty opustoszała z dyskutantów.

Good news and bad news

Dobra wiadomość w takim razie polega na tym, że fejsbuk zaczął czuwać nad tym, by nikt nie obrażał katolików, zła – że używa do tego bezmyślnego algorytmu, który nie ogarnia subtelności języków i socjolektów.

Bad news polega również na tym, że zdałem sobie sprawę, że od czasów poprzedniego bana, moja społeczność znajomych poszerzyła się o ludzi, z którymi mam kontakt wyłącznie poprzez Messengera, co oznacza, że przez te 30 dni niektórzy uznają mnie za skończonego chama, który widzi wysyłane wiadomości, ale na nie nie odpisuje, choć jeszcze niedawno robił to średnio w ciągu 5 sekund.

Ban bowiem polega na tym, że widzisz wszystko co dzieje się na fejsie, ale nie możesz reagować. Jak uświadomił mi to jeden z kolegów, to bardzo sprytny pomysł ze strony administracji, bo jedynie zwiększa apetyt zbanowanego, a równocześnie nie pozwala mu doświadczyć życia poza fejsem i zdania sobie sprawy z tego, że poza nim także istnieje życie.

Co dalej?

W związku z tym wszystkim, postanowiłem skoncentrować się na dwóch rzeczach:

  • dywersyfikacji swojej działalności w social media i szerszego informowania o innych kanałach, na których jestem aktywny i zaproszeniu Was już teraz do ich subskrypcji: Twitter, Instagram YouTube,
  • koncentracji na budowie własnego kanału komunikacji, czyli Dziennika Newsletterowego #GnyszkaDaily, do którego subskrypcji zachęcam równie mocno, jeśli nie mocniej.

P.S. Na fb nie będzie mnie jeszcze przez 13 dni.

Wejdź do niezwykłego świata Macieja Gnyszki
i zobacz, jak 
robić networking w jego stylu!

Zapisz się na mój e-dziennik
Maciej Gnyszka Daily